*przed czytaniem radzę zapoznać się z krótką uwagą po prawej stronie ;)* →→
To jeden z tych dni, w których najnormalniej w świecie wiesz, że się do tego nie nadajesz, a i tak ciągniesz to dalej. Jakbyś chciała zabłysnąć. Pokazać, że coś potrafisz. Że nie jesteś bezużyteczna, że nie przydasz się tylko jako przynęta na zwabienie czegoś lub kogoś.
To jeden z tych dni, w których stawiasz kolejne przecinki w miejscach, gdzie już dawno powinnaś postawić kropkę. I znów ciągniesz to dalej, sama nie wiesz, dlaczego. Z przyzwyczajenia? A może z samej świadomości, że coś takiego w ogóle istnieje lub kiedykolwiek istniało w twoim życiu i nie masz ochoty tego wymazać? Nieważne, jaka krzywda ci się przytrafiła?
To również jeden z tych dni, gdzie nawet czas jest przeciwko tobie. Jesteś młoda, niezaawansowana, bez szczypty wiedzy o tym otaczającym cię świecie, ale wymagają od ciebie znajomości wszystkiego, od podstaw. Masz już wiedzieć, co chcesz robić dalej, jaką drogę obierzesz, jakich ludzi poznasz. Masz już wiedzieć wszystko. Kiedy tak naprawdę nie wiesz nic lub w większej części się zastanawiasz. A przyszłość nadchodzi. Bardzo szybko, Tak naprawdę z każdą sekundą jesteś bliżej swojej śmierci. Swojego końca.
A ty nic nie wiesz...
nic.
Miło było w końcu zjeść coś normalnego, nie przypominającego wyglądem i smakiem więziennej papki warzyw. Mimo to, nie czuję się tutaj komfortowo. Jest wspaniale, nie ukrywam. Nawet lepiej niż kiedykolwiek. Chodzi po prostu o sam fakt zaznajomienia się z nowymi poglądami, z nową sobą. Potrzebuję na to czasu, i to sporo. Może nawet całe życie, kto wie...
- Ziemia do Clary! - szturchnął mnie w ramię blondyn - Odpocznij chwilę i za pół godziny widzimy się w sali treningowej, Isabelle ci wszystko wyjaśni po drodze.
- Z przyjemnością - uśmiechnęła się szeroko dziewczyna, odprowadzając wzrokiem Jace'a. Teraz wydawał się o wiele wyższy. Wyższy niż kiedykolwiek, ubrany w kruczoczarny kombinezon. Jego średniej długości włosy opadały na pół twarzy, co dodawało mu pewnego uroku. Spod lwiej grzywy wydobywał się blask złotych oczu. Pociągał mnie. Pociągał mnie wszystkim. Całym sobą. I szczerze, miałam ochotę się na niego rzucić, niż siedzieć tutaj z Iz, rozmawiając zapewne o paznokciach i najnowszych kolorach farb do włosów.
- No, szybko zostałam twoją opiekunką. Staraj się nie robić nic głupiego, proszę. Wolałabym nie szukać cię po korytarzach. Jest ich tutaj odrobinę, a nie chcę spędzić całego dnia na zabawie w chowanego.
- Nie zamierzam się bez ciebie nigdzie ruszać - uspokoiłam ją, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Świetnie! A więc, kierunek: biblioteka. Muszę poszukać dla ciebie jakiegoś stroju i odpowiednich butów. Dasz radę iść, czy potrzymać cię za rękę?
Zaśmiałam się, rzucając w nią poduszką.
- Dam radę, Iz.
I po chwili ciszę w salonie wypełnił śmiech nas obu.
Biblioteka była naprawdę ogromna. Ciemna, pełna wysokich regałów. Potężne, drewniane, kręcone schody z obu stron zezwalały na dostęp do drugiego piętra. Na środku, pod piękną, fioletową rozetą stał postument Anioła, prawdopodobnie Razjela. Na krawędziach długiego dywanu były ustawione zaszklone wystawki, zamknięte na klucz. Zdjęcia, kryształy, biżuteria i inne dokumenty tożsamości wypełniały szerokie półki. Wszystko idealnie się dopełniało, a atmosfery dodawało perfekcyjne brzmienie fortepianu z kąta pomieszczenia. Isabelle podeszła do zakurzonego kufra, dmuchając w jego wieczko. Otworzyła skrzynię, kreśląc Znak na jednej ze ścian.
- Voilà! Trzymaj, idź się przebierz za tamtym parawanem.
Niemożliwa. Ona jest po prostu niemożliwa. Kilkucentymetrowe obcasy pod kolana, elastyczne spodnie z kilkoma wycięciami przy udzie, koszulka zasłaniająca wszystko, nawet nadgarstki, tylko nie dekolt, skórzane mitenki z regulowanymi zapięciami na rzep... i to wszystko czarne. Można by powiedzieć, że wyglądałam jak Pani Śmierć. A może i nawet gorzej, nie wiem. Bałam się spojrzeć w lustro.
- Clary, biorę kąpiel krócej niż ty się przebierasz, a to nie powinno ze sobą współgrać! - usłyszałam.
- Nie pokażę ci się w tym, rozumiesz? Nie ma takiej opcji!
- Co, za dużo czarnego? Przyzwyczaisz się, wychodź!
- Nie o to chodzi, ja...
- Słuchaj, wiem, że przed więzieniem pracowałaś miesiąc w klubie go go, a biorąc to pod uwagę, nosiłaś tam bardziej skąpe i dziwkowate ubrania, więc nie masz się czego bać, a tym bardziej wstydzić.
Przesunęłam parawan, zsuwając gumkę do włosów z upiętego wysoko, rudego kucyka.
- Kurwa, jestem w szoku - wyszeptała, a potem krzyknęła - WYGLĄDASZ CUDOWNIE! Czegoś ty się bała, dziewczyno?
- Izzy, proszę, ciszej. Łeb mi pęka.
- Wybacz - uśmiechnęła się czarująco, lekko podenerwowana i zawstydzona.
Spojrzałam na nią, a ona na mnie. Przenikałyśmy się na wylot. W ciszy. Tylko cisza nam towarzyszyła.
- Kiedyś wrócimy do tematu mojej przeszłości. Nie myśl, że o tym zapomnę.
Skinęła delikatnie głową, zszokowana moją reakcją. Ja się za to odwróciłam, wyszłam z biblioteki i idąc za wskazówkami na ścianach skierowałam swoje kroki do sali treningowej. Isabelle natomiast dalej pozostała w bezruchu, oddychając głęboko.
Otworzyłam dwuskrzydłowe wrota z wyrzeźbionymi, nieznanymi mi dotąd elementami. Pierwszy raz nie zastałam spokojnej, martwej pustki. Wielką, prostokątną salę wypełnił dźwięk skrzypienia drzwi.
- Tak szybko? Masz jeszcze 10 minut przerwy - oznajmił Jace.
- Uznałam, że lepiej ją spędzić w twoim towarzystwie - mrugnęłam do niego okiem, przekręcając klucz w zamku.
Zaśmiał się cicho, podchodząc bliżej mnie. Objął mnie rękoma w talii, całując namiętnie moją szyję. W jego oczach rozbłysły iskierki podniecenia.
- Wyglądasz zajebiście seksownie w tym kombinezonie - powiedział między pocałunkami.
- Jak na przynętę na Podziemnych przystało.
- Zamiast nich zwabiłaś mnie. To chyba wbrew wszystkiemu.
- Oderwijmy się od tych pieprzonych zasad choć na chwilę.
- Jak sobie życzysz, kochanie.
Szybko i zwinnie zrzucił papiery ze stołu, sadzając mnie na nim jeszcze szybciej. Po chwili leżałam przygnieciona jego lekko umięśnionym ciałem.
- Taki trening mi się podoba, panie nauczycielu - jęknęłam żartobliwie. Echo rozniosło się po całym pomieszczeniu i prawdopodobnie wypłynęło na korytarz.
- Wstawię ci tyle szóstek w dzienniku, ile tylko będę mógł.
Wrócił ustami do mojej szyi, kreśląc na niej koła swoim językiem. Poczułam zapach jego ekstrawaganckich perfum wymieszanych z idealną perfekcją swoich własnych. Wypuściłam gwałtownie powietrze z ust, zachwycając się nie tylko naszą bliskością, ale i właśnie dzikim aromatem z marki Chanel i Creed.
Nasze przyjemności przerwał zegar, który właśnie wybił godzinę 13:00.
- Czas zacząć prawdziwy trening.
Podbiegłam do pierwszej stacji, przeskakując przez coraz mniejsze obręcze. Ześlizgnęłam się z wysokiej rampy, omijając metalowe druty i tym samym pokonując kolejny etap toru. Wzięłam do ręki łuk, strzelając kolejno do ustawionych dookoła mnie manekinów. Przekoziołkowałam się w przód, skacząc na pierwszą z brzegu równoważnię, wchodząc coraz wyżej. Metodą prób i błędów dotarłam bezpiecznie do ostatniej tury. Sięgnęłam po seraficki miecz, skracając o głowę słomianą kukłę, i następnie gwałtownie przykładając ostrze do szyi blondyna.
- Jak mi poszło? - spytałam, wciąż trzymając rozpalony Znakami sztylet blisko ciała Jace'a.
- Lepiej niż komukolwiek. Naprawdę. Żaden nowicjusz nie był w stanie przejść go tak bezbłędnie i tak szybko.
- Czyli, jesteś pod wrażeniem?
- Jakże mógłbym nie być - uśmiechnął się czarująco, szybko odsuwając się ode mnie i unikając nacięcia na policzku.
- Punkt dla ciebie, skarbie - musnęłam ustami jego skroń, odkładając następnie miecz na swoje miejsce.
- Może dokończymy to, co zaczęliśmy przed twoim małym egzaminem? - zaproponował.
- Brzmi obiecująco, niech będzie - uniosłam zadowolona brwi, łapiąc chłopaka za kurtkę i przyciągając bliżej siebie.
Zaśmiałam się krótko, po czym złączyłam nasze usta w pocałunku. Jace objął ręką moje udo, unosząc je lekko w górę, dzięki czemu szybko skoczyłam na jego tors, owijając się nogami dookoła talii blondyna. W ten sposób miał łatwy dostęp do mojej klatki piersiowej, jak i szyi. Ułożył mnie bezpiecznie na biurku, rozpinając trzy pierwsze guziki mojego gorsetu. Szybkim ruchem znalazł się przy dekolcie, jeżdżąc po nim językiem i zostawiając na nim mokre ślady. Jego oczy wręcz błyszczały, a dłonie chodziły z namiętności. Oddychał ciężko, jakby właśnie skończył biec kilkukilometrowy maraton.
- Jace - przerwałam - Jace, przestań!
Podniósł wzrok znad mojego biustu, spoglądając na mnie pytająco.
- Ktoś pukał. Ubieraj koszulkę.
- Ale dokończymy potem? - zaśmiał się, obejmując dłońmi moją twarz i całując delikatnie w czoło - No już, żartowałem. Zapnij guziki, a ja pójdę otworzyć.
- Koszulka - upomniałam.
- Równie dobrze mogłem trenować bez niej, prawda? W twoim wypadku byłoby to co najmniej podejrzane - mrugnął jednym okiem, podbiegając następnie do drzwi.
- Ktokolwiek tam był, już poszedł. Więc możemy wrócić do przyjemniejszych zajęć.
- Jesteś niemożliwy, cały czas myślisz tylko i wyłącznie o jednym.
- Nie jestem niemożliwy, jestem jak czekoladowy batonik. Słodki, a pierwsze co robię to dobieram się do twoich bioder.
- Słuszna uwaga. I chętnie bym z tobą spędziła jeszcze chwilę czasu, ale wybacz, przez tego batonika zrobiłam się odrobinę głodna. Widzimy się potem - pocałowałam go w środek nosa i pobiegłam do wyjścia z sali.
Skręciłam w prawy korytarz, idąc do mojego pokoju, by przebrać się w coś bardziej normalnego, mniej ściskającego żołądek i uda. Otworzyłam drzwi, wchodząc powoli do pomieszczenia. Ściągnęłam kurtkę, rzucając nią na materac łóżka. Zanim obejrzałam się w stronę szafy, ktoś zasłonił mi ręką usta i skrzyżował ręce na plecach. Starałam się jak najszybciej wyszarpnąć z niekomfortowego dla mnie uścisku. Zgięłam się wpół, kopiąc nieznajomego w kostkę i wymierzając mu policzek. Chłopak natychmiast się odsunął, masując obolałe miejsce i jęcząc z bólu.
- Alec? Nie mogłeś po prostu zapukać?
- I zepsuć niespodziankę? Nie, nie mogłem.
Westchnęłam cicho, opierając się tyłkiem o krawędź komody.
- Myślałam, że nie masz zamiaru być blisko mnie. Rozmawiać, utrzymywać kontaktu. Wzrokowego także.
- Nie miałem, ale przez ostatnie kilka godzin wszystko sobie przemyślałem. I przepraszam. Wiem, że nie było to fair wobec ciebie. W końcu byliśmy tylko przyjaciółmi.
- Ze specjalnymi przywilejami.
- Ale jednak byliśmy tylko przyjaciółmi. Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłem, możesz sobie ułożyć życie beze mnie i zerwać umowę. Nawet, jeśli byłoby to wbrew zasadom.
- To umowa na całe życie. Nie powinnam była w ogóle się w to pakować.
- Ale wpakowałaś.
- I było przyjemnie. Nawet bardzo. W sumie to był najlepszy eksperyment w moim życiu.
- Było... - zaśmiał się - No właśnie.
Zajął miejsce obok mnie, wgapiając wzrok w swoje buty. Uniósł delikatnie dłoń, kładąc ją powoli na mojej. Zimno i chłód przeszły przez całe moje ciało, powodując natychmiastowe dreszcze i delikatny paraliż.
- Spróbujmy od nowa. Z nowymi zasadami. Z nowym kontraktem.
- Wiesz, że nie mogę.
- Wiem. Ale wiem też, że chcesz. I to mi wystarczy - wplótł rękę w moje rude włosy, bawiąc się pojedynczymi kosmykami. Założył mi jeden z nich za ucho, wędrując ręką do policzka. Schodził coraz niżej, znów rozprzestrzeniając lodowate zimno po moim ciele. Powędrował opuszkami palców do ramiączka gorsetu, jak i biustonosza, zsuwając mi go pomału z ramienia.
- Alec, przestań. Proszę.
- Chcę, żebyś znów była moja i tylko moja, Clary. Pewnie w tej chwili 857346 ludzi na świecie ucieka przed czymś, panicznie się tego bojąc. 747456 ludzi płacze. 388948 ludzi są chorzy. A Jace? Jace wyłożył nogi na swoje biurko, zapalił kolejnego papierosa, popił wódką i ma wyjebane na to, gdzie jesteś, z kim jesteś i jak się czujesz. On nie umie kochać. Nie to, co ja. I ty to wiesz. Nie zapewni ci bogatej i pięknej przyszłości. Znów trafisz do paki. Być może nawet z nim. W końcu po jakimś czasie dowiesz się, że jesteś w ciąży, bo oboje wiemy, że zależy mu tylko na seksie, nie na tobie. Wykorzystuje cię i twoją dobroć. Usługujesz mu, bo jesteś zbyt urocza, by komuś odmówić. To jesteś ty, Clary. Ty, i cała twoja przyszłość w kilku zdaniach.
- Przestań, to nie prawda!
- Boisz się tej wersji zdarzeń. Boisz się tej świadomości, bo wiesz, że nie kłamię. Przypomnij sobie, jak było ci ze mną niecały tydzień, czy dwa tygodnie temu, a jak z nim kilkanaście minut wstecz. Przyznaj, że to nie to samo. Że było inaczej.
- Zamknij się, gadasz totalne bzdury - odepchnęłam go, jak i wszystkie jego słowa od siebie, skupiając się na punkcie ucieczki.
- Bądź moja, Clary. Moja. I tylko moja...
Popchnął mnie delikatnie w stronę łóżka, siadając na mnie okrakiem. Zaczął rozpinać guziki mojego gorsetu. Byłam za bardzo przyciśnięta do materaca, by móc zrobić jakikolwiek ruch. Modliłam się w myśli o jakiś niespodziewany dźwięk, który choć na chwilę zwróciłby uwagę Alexandra, dzięki czemu mogłabym nad nim zapanować.
- Dotknij ją jeszcze raz, a nasza więź parabatai przejdzie do historii - nagle, jak na zawołanie, pojawił się Jace. Przez otwarte okno przenikało zimne powietrze.
- Przyszedłeś na ratunek, czy chciałbyś może zabawić się w trójkącik? - spytał brunet, odwracając się w kierunku głosu swojego przyjaciela.
- Powinieneś się domyślić, skoro zależy mi tylko na seksie, a miłość jest dla mnie niczym innym jak zabawką na pięć minut.
Usłyszałam, jak głośny śmiech Aleca wypełnia pomieszczenie. Jace'owi natomiast nie było wcale do śmiechu. Jego mina była kamienna i chłodna, jak posąg Razjela z biblioteki. Wzrok blondyna przenikał Aleca na wlot.
- I co teraz, pobijesz mnie? A może nakablujesz na mnie rodzicom, lub co gorsza Clave?
- Dura lex, sed lex, mój drogi. Chyba nie mam wyjścia.
Alec uśmiechnął się szeroko, po czym skierował na mnie swoje spojrzenie. Było pełne nieskazitelnego blasku i poczucia dominacji.
- Spójrz - jego dłoń znów spoczęła na moim poliku - Dotykam ją. Czyż teraz nasza więź nie powinna przejść do historii?
Ręce Jace'a zacisnęły się w pięści. Miałam wrażenie, że niedługo rzuci się na bruneta i połamie mu wszystkie kości.
- Wiedziałem, że jesteś chujem. Wiedziałem to, odkąd cię poznałem i odkąd zabierałeś mi wszystkie drewniane sztylety, chowając je w trudno dostępnych dla mnie miejscach. Ale nie sądziłem, że byłbyś w stanie posunąć się do takiej zdrady.
- Jak widać, jeszcze dobrze mnie nie znasz.
- Mimo to, i tak dostaniesz drugą szansę. Lecz tym razem nie ode mnie.
Drzwi do mojego pokoju gwałtownie się otworzyły, ukazując kilka postaci w kapturach. Ich kroki były strasznie ciche, nawet niesłyszalne. Najwyższy z nich podszedł do Aleca, kładąc mu dłoń na czole i kreśląc na nim jakiś symbol. Za nim utworzyło się perfekcyjne półkole pozostałych Braci. Nasłuchiwali, co mówił do nich ich Mistrz. Unosili i opuszczali dłonie, rysując w powietrzu runiczne znaki, prawdopodobnie odprawiając jakiś rytuał.
Siedziałam cały czas na łóżku, sparaliżowana całą tą chorą sytuacją. Mieszkanie pod jednym dachem z tym człowiekiem nie będzie już nigdy takie samo i mam nadzieję, że każdy zrozumie i zaakceptuje moją wciąż planowaną zmianę Instytutu. A jeszcze bardziej mam nadzieję, że nie będę musiała być sama, to jest, że Jonathan stanie za mną murem i pójdzie ze mną nawet na koniec świata, tak jak obiecywał, kiedy się bliżej poznaliśmy.
- Pójdę - szepnął mi do ucha. Nawet nie zauważyłam, kiedy zostaliśmy sami.
Wtuliłam się w jego ramiona. Po policzkach zaczęły spływać łzy.
- Przepraszam. Mogłam ci powiedzieć, ale myślałam, że ten rozdział już dawno zamknęliśmy. Nie wiedziałam, nawet nie mogłam przewidzieć, że...
- Zamknij się i chodź tutaj - objął mnie silniej, całując w czubek głowy - I nigdy więcej nie mów tego słowa. Miłość polega na tym, że nigdy nie musisz mówić przepraszam. To już nieważne. Bo nieważne, co by się stało, zawsze będę obok ciebie. I nieważne, co postanowisz, zawsze poprę twoje zdanie i razem będziemy się go trzymać.
Siedzieliśmy wtuleni w siebie w nieskazitelnej ciszy. Oboje mogliśmy słuchać swoich oddechów, bicia serca. Serca, które bije dla nas obojgu, nawzajem.
- Clary... - zaczął.
Uniosłam głowę, dając mu tym samym znak, by mówił dalej.
- Chcę, żebyś wiedziała, że to, co mówił Alec jest nieprawdą. Zwykłym łganiem z jego strony. Bo ja cię naprawdę kocham. Kocham cię bardziej niż wczoraj i mniej niż jutro. Mówię to po to, byś to pamiętała. Zawsze pamiętała.
- Nigdy nie miałam chwili zwątpienia, że jest inaczej, Jace - musnęłam ustami jego usta, splatając nasze ręce razem.
kocham cię bardziej niż wczoraj i mniej niż jutro..
mniej niż jutro.
poniedziałek, 1 maja 2017
sobota, 8 kwietnia 2017
FOUR (+nefilim tag)
To jeden z tych dni, w których nawet kochana osoba może wydawać ci się tą złą. W których światło zamienia się w ciemność, nigdy na odwrót. W których przykładasz dwa palce do skroni, imitując ich kształtem zarys broni. W których zaczynasz błagać samego siebie o cofnięcie się czasu. W których nie wierzysz już w nic, nawet w renowację. W miłość. I w wszystko, czego dotąd sam doświadczałeś. Nie ma już nic, nawet małego kawałka istnienia tego, co jeszcze niedawno wydawało ci się w pełni realne, niezmyślone. Nie emanujesz już tą samą energią, jak dotychczas. Zmieniasz się.
Być może pod wpływem impulsu lub działania czegoś obcego, ale zmieniasz się. Nie jesteś już taki sam. Nie jesteś sobą. Nie nazywasz się tak, jak się nazywasz. Obierasz nową drogę, nowy kierunek. Przybierasz nową tożsamość. Zaczynasz życie od początku, lecz mimo to, jesteś w pełni świadoma przeszłości, tego co było. Przeraża cię to. I w końcu czekasz, aż śmierć cię złapie. Nie dajesz rady z niczym, nawet z najłatwiejszą rzeczą na świecie. Jeśli to, gdzie żyjesz, można nazwać światem, a nie czystą imitacją tego słowa. Może i żyjesz, ale nie egzystujesz. I być może te słowa nie mają najmniejszego sensu, bo są ze sobą spokrewnione, są synonimami siebie, ale tak jest. Żeby żyć i egzystować, należy być świadomym pewnych racji, należy mieć w sobie choć trochę uczuć. I mimo tego, że tą świadomość posiadasz, jesteś w środku zimna jak lód. Zamarzłaś. Nie kochasz, nie nienawidzisz, nie lubisz, nie szanujesz. Nie masz uczuć. Świat do tego doprowadził. Zniszczył cię. I być może to jest właśnie impuls tej natychmiastowej przemiany.
Nagle z przerażającej ciszy wydobył się delikatny trzask naczyń, jakby z ostatniego piętra wysokiego wieżowca zrzucono tonę porcelany. Otworzyłam oczy. Jak dobrze mi się zdawało, otoczone resztkami niezmytej przed snem maskary, z wielkimi sińcami pod nimi. Otaczała mnie czerń, czerwień i wszystkie inne pokrywające się ze sobą odcienie, Mrok i tajemniczość panująca w nieznanym mi pomieszczeniu dotykała mnie z każdej możliwej strony, z lekka nawet przytłaczając. Dotąd zawsze doskwierały mi jasne kolory, typu biel lub błękit. To jest dla mnie istną nowością.
STUK. STUK.
Drzwi się uchyliły, wpuszczając do środka odrobinę światła.
- Można? - skinęłam głową, siadając wygodnie w łóżku i opatulając się satyną. Wayland wszedł powoli, wykonując ostrożnie kilka kroków w moją stronę.
- Cześć.
- Cześć? - zaśmiałam się, poprawiając włosy i przecierając wciąż zmęczone oczy.
- Ymm, długo spałaś, martwiłem się.
Jace usiadł z lewej strony łóżka, niepewnie kładąc dłoń na mojej.
- Myślałem, że cały proces przebiegł z fatalnymi skutkami dla twojego organizmu, że już się nie obudzisz. To były ciężkie trzy dni, wszyscy bardzo chcieli cię poznać. Ba, już nawet nie mogli...
- Czekaj, Co?
Westchnął.
- No tak, przecież ty nic nie wiesz. Może najpierw... to dla ciebie - położył wciąż trzymaną z tyłu kwiatową wiązankę na nocnym stoliku, po czym znów wrócił do mnie wzrokiem - No więc, kiedy jechaliśmy do Instytutu, zatrzymała nas wataha wilków. Nie należeli do świata Podziemnych, rozpoznałbym ich, tak jak oni mnie. Mają specyficzny zapach, Zaatakowali nas przy wampirzym parkingu. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt z tych krwiopijców nie zareagował na całe stado nieproszonych gości, widocznie tak miało być. Byłem sam, nie dawałem rady utrzymać ich z dala od ciebie. Ugryźli cię, traciłaś swoją krew. Nie wiedziałem, co robić, dlatego jak najszybciej pożyczyłem motor od Straży Cienia i zawiozłem nas do Instytutu, Długo nie mogliśmy zidentyfikować twojej przypadłości, aż w końcu nałożyliśmy odpowiednie Znaki. Umierałaś, nie mieliśmy wyjścia. Kiedyś i tak musiało to nadejść, więc błagam, nie patrz na mnie takim wzrokiem, jakbym odebrał ci całą energię i chęci do życia, bo dzięki mnie możesz je nadal mieć.
- Ja...
- Spójrz - rozerwał kawałek materiału spodni w okolicy uda, ukazując pięknie wypalone iratze. Tuż nad nadgarstkiem znajdowało się kolejne znamię, informujące zapewne o przynależności do danej grupy. Anielska Runa rozpalała moje przedramię, tworząc mniej więcej kształt rombu z dwoma przedłożonymi ramionami.
- Boli? - spytał, jeżdżąc opuszkami palców po krwistych śladach, jakby wciąż operował stelą.
- Nie. Tylko delikatnie piecze, ale sądzę, że się do tego przyzwyczaję.
- Na pewno - uśmiechnął się, puszczając moją dłoń - Zostawię cię. Zejdź na dół do biblioteki, jak zapoznasz się z nowym pokojem. Tak jak mówiłem, każdy chce już zobaczyć nową Nocną Łowczynię. To na lewo, jeśli pojedziesz windą, łatwo dotrzesz.
- Dzięki - odprowadziłam go wzrokiem do drzwi, po czym wstałam i udałam się do toalety, by się nieco odświeżyć. Wątpię, że miałam jakikolwiek kontakt z wodą przez te 72h.
Minęło jakieś trzydzieści minut, zanim wreszcie zaczęłam współpracować z czasem i całym tym budynkiem. Gdzie to miało być, na lewo?
Zamyślona skręciłam w boczny korytarz, przypadkiem wpadając na dobrze znanego mi chłopaka. Poczułam ogromne ciepło, sama nie wiem, czy z powodu spływającej po mnie gorącej herbaty, czy może z powodu Alexandra, z którym kontakt był kiedyś na etapie większym niż przyjaźń.
- No proszę, Panna Fray - uśmiechnął się szeroko, mierzwiąc mi włosy.
- Alec?
- Brawo, jeszcze po tym wszystkim nie masz Alzheimera. Jestem w szoku, muszę wyrobić ci dyplom wzorowego więźnia.
- Wiedziałeś od początku! Jak mogłeś mi nawet o tym nie wspomnieć, myślałam, że...
- Że co? Że łączy nas coś więcej niż relacje więzień-strażnik? Że mamy do siebie zaufanie? Bezgraniczne?
- Szczerze? Tak! Nawet sam to wszystko zacząłeś!
- I skończyłem, w momencie, kiedy zobaczyłem cię w pobliżu mojego parabatai, W bardzo bliskim pobliżu, Clary. Dobrze wiesz, na czym polegał nasz związek, więc błagam, zachowuj się zgodnie z zasadami i bądź po prostu fair w stosunku do mnie. To była tylko zwykła przykrywka.
Jeszcze raz: szczerze? Chyba nic nie wstrząsnęło mną tak bardzo, jak ta wiadomość. Przykrywka? Ała, mój drogi, to bolało. Wiem, nie zawsze żyje się w relacji 'friends with benefits', a reguły są po to, by je łamać. Oboje się do tego stosowaliśmy. A przynajmniej tak myślałam. Ale nie mógł tego tak łatwo skreślić. Nie w takim wypadku.
Prawda?
Weszłam wgłąb korytarza, mając nadzieję, że idę w dobrym kierunku. Powoli przekonywałam się do tego miejsca, tak jak i do tego, że w jednym dniu zyskałam, jak i straciłam ważną część mnie. To drugie nawet nieumyślnie.
- Jace, mógłbyś... o, hej!
Dziewczyna. Zdecydowanie zaatakowała mnie dziewczyna. Wysoka, śliczna, z gładką i jasną cerą. Strasznie podobna do Aleca, na co mogły mieć wpływ więzy krwi. Nie mogłam niestety tego wykluczyć. Fakt faktem, była bardzo szczęśliwa, kiedy mnie zobaczyła. Tak, jakby nie wiedziała o sytuacji między mną, a prawdopodobnie jej bratem. Plus dla niego, że mogę choć w pierwszym dniu poudawać stuprocentową idealistkę. Jutro może nie być tak kolorowo.
- Cała się lepisz, czym tyś się okleiła?
- Emm, Clary jestem. Przypadkiem wpadłam na... takiego wysokiego chłopaka. Miał niebieskie oczy i wyglądał, jakby szykował się na bardzo ważną rozmowę o pracę. Nie wiem, kim był, ale wiem, że wylał na mnie przypadkiem wrzątek.
- Och, to był mój brat, Alec.
A jednak.
- A ja jestem Izzy. Znaczy Isabelle, ale nienawidzę tego imienia, więc mów mi Izzy lub Iz, jak wolisz. I przepraszam za Alexandra, mam nadzieję, że nie zrobił ci krzywdy.
Zrobił. I to wielką. Kompletnie nie związaną z gorącym napojem.
Ale zamiast tego moje usta powiedziały zupełnie co innego.
- Nie, skądże. Jest w porządku. Wszystko już sobie wyjaśniliśmy.
- Cieszę się - uśmiechnęła się czarująco - Usiądź do stołu, pewnie jesteś strasznie głodna.
- Och, tak. Trzydniowa głodówka jest dość ciekawym eksperymentem, ale źle wpływającym na mój biedny żołądek.
- Domyślam się, a nawet cię rozumiem. Przechodziłam przez dość podobną sytuację.
- Tak?
- Tak. Ale wolałabym o niej nie wspominać, przepraszam.
- Jasne, nie ma problemu. Szczerze mówiąc, wcale ci się nie dziwię. Nie jest to zbyt komfortowe. Zwłaszcza dla mnie, w tej chwili. Czuję się jak jakiś nic nieznaczący wyrzutek.
- Nie mów tak, nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś dla nas w tej chwili ważna. Dla nas, dla świata. Rasa Nocnych Łowców powoli się kończy, zamyka. Jest na czymś w rodzaju wyginięcia. Clary, nie jesteś tutaj z przypadku. Wiem to, tak jak wszyscy. Jesteś naszą nadzieją. Jedyną szansą na powiększenie się tej frakcji.
- Nie wiedziałam, że jesteście... jesteśmy, tak bardzo zagrożeni.
- Więc teraz już wiesz. I proszę, zrób wszystko, by znów nie wisieć między niebem, a piekłem.
między niebem
a piekłem.
I ciągłe pytania.
Znów powtarza się ten sam cykl.
Dlaczego.
Dlaczego.
Dlaczego.
między niebem
a piekłem.
Być może pod wpływem impulsu lub działania czegoś obcego, ale zmieniasz się. Nie jesteś już taki sam. Nie jesteś sobą. Nie nazywasz się tak, jak się nazywasz. Obierasz nową drogę, nowy kierunek. Przybierasz nową tożsamość. Zaczynasz życie od początku, lecz mimo to, jesteś w pełni świadoma przeszłości, tego co było. Przeraża cię to. I w końcu czekasz, aż śmierć cię złapie. Nie dajesz rady z niczym, nawet z najłatwiejszą rzeczą na świecie. Jeśli to, gdzie żyjesz, można nazwać światem, a nie czystą imitacją tego słowa. Może i żyjesz, ale nie egzystujesz. I być może te słowa nie mają najmniejszego sensu, bo są ze sobą spokrewnione, są synonimami siebie, ale tak jest. Żeby żyć i egzystować, należy być świadomym pewnych racji, należy mieć w sobie choć trochę uczuć. I mimo tego, że tą świadomość posiadasz, jesteś w środku zimna jak lód. Zamarzłaś. Nie kochasz, nie nienawidzisz, nie lubisz, nie szanujesz. Nie masz uczuć. Świat do tego doprowadził. Zniszczył cię. I być może to jest właśnie impuls tej natychmiastowej przemiany.
Biegłam przerażona po lesie, nie widząc nigdzie wydeptanej przez ludzi ścieżki. Słońce powoli chowało się za horyzont morza. W pobliżu nie było ani jednej żywej duszy. Dookoła tylko drzewa i drzewa. Zero dźwięków przemieszczających się zwierząt, zero możliwości wyjścia. Krzyczałam, ale odpowiadała mi jedynie cisza. Byłam sama wśród tysiąca osób przywiązanych do gałęzi. Byłam sama.
Nagle z przerażającej ciszy wydobył się delikatny trzask naczyń, jakby z ostatniego piętra wysokiego wieżowca zrzucono tonę porcelany. Otworzyłam oczy. Jak dobrze mi się zdawało, otoczone resztkami niezmytej przed snem maskary, z wielkimi sińcami pod nimi. Otaczała mnie czerń, czerwień i wszystkie inne pokrywające się ze sobą odcienie, Mrok i tajemniczość panująca w nieznanym mi pomieszczeniu dotykała mnie z każdej możliwej strony, z lekka nawet przytłaczając. Dotąd zawsze doskwierały mi jasne kolory, typu biel lub błękit. To jest dla mnie istną nowością.
STUK. STUK.
Drzwi się uchyliły, wpuszczając do środka odrobinę światła.
- Można? - skinęłam głową, siadając wygodnie w łóżku i opatulając się satyną. Wayland wszedł powoli, wykonując ostrożnie kilka kroków w moją stronę.
- Cześć.
- Cześć? - zaśmiałam się, poprawiając włosy i przecierając wciąż zmęczone oczy.
- Ymm, długo spałaś, martwiłem się.
Jace usiadł z lewej strony łóżka, niepewnie kładąc dłoń na mojej.
- Myślałem, że cały proces przebiegł z fatalnymi skutkami dla twojego organizmu, że już się nie obudzisz. To były ciężkie trzy dni, wszyscy bardzo chcieli cię poznać. Ba, już nawet nie mogli...
- Czekaj, Co?
Westchnął.
- No tak, przecież ty nic nie wiesz. Może najpierw... to dla ciebie - położył wciąż trzymaną z tyłu kwiatową wiązankę na nocnym stoliku, po czym znów wrócił do mnie wzrokiem - No więc, kiedy jechaliśmy do Instytutu, zatrzymała nas wataha wilków. Nie należeli do świata Podziemnych, rozpoznałbym ich, tak jak oni mnie. Mają specyficzny zapach, Zaatakowali nas przy wampirzym parkingu. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt z tych krwiopijców nie zareagował na całe stado nieproszonych gości, widocznie tak miało być. Byłem sam, nie dawałem rady utrzymać ich z dala od ciebie. Ugryźli cię, traciłaś swoją krew. Nie wiedziałem, co robić, dlatego jak najszybciej pożyczyłem motor od Straży Cienia i zawiozłem nas do Instytutu, Długo nie mogliśmy zidentyfikować twojej przypadłości, aż w końcu nałożyliśmy odpowiednie Znaki. Umierałaś, nie mieliśmy wyjścia. Kiedyś i tak musiało to nadejść, więc błagam, nie patrz na mnie takim wzrokiem, jakbym odebrał ci całą energię i chęci do życia, bo dzięki mnie możesz je nadal mieć.
- Ja...
- Spójrz - rozerwał kawałek materiału spodni w okolicy uda, ukazując pięknie wypalone iratze. Tuż nad nadgarstkiem znajdowało się kolejne znamię, informujące zapewne o przynależności do danej grupy. Anielska Runa rozpalała moje przedramię, tworząc mniej więcej kształt rombu z dwoma przedłożonymi ramionami.
- Boli? - spytał, jeżdżąc opuszkami palców po krwistych śladach, jakby wciąż operował stelą.
- Nie. Tylko delikatnie piecze, ale sądzę, że się do tego przyzwyczaję.
- Na pewno - uśmiechnął się, puszczając moją dłoń - Zostawię cię. Zejdź na dół do biblioteki, jak zapoznasz się z nowym pokojem. Tak jak mówiłem, każdy chce już zobaczyć nową Nocną Łowczynię. To na lewo, jeśli pojedziesz windą, łatwo dotrzesz.
- Dzięki - odprowadziłam go wzrokiem do drzwi, po czym wstałam i udałam się do toalety, by się nieco odświeżyć. Wątpię, że miałam jakikolwiek kontakt z wodą przez te 72h.
Minęło jakieś trzydzieści minut, zanim wreszcie zaczęłam współpracować z czasem i całym tym budynkiem. Gdzie to miało być, na lewo?
Zamyślona skręciłam w boczny korytarz, przypadkiem wpadając na dobrze znanego mi chłopaka. Poczułam ogromne ciepło, sama nie wiem, czy z powodu spływającej po mnie gorącej herbaty, czy może z powodu Alexandra, z którym kontakt był kiedyś na etapie większym niż przyjaźń.
- No proszę, Panna Fray - uśmiechnął się szeroko, mierzwiąc mi włosy.
- Alec?
- Brawo, jeszcze po tym wszystkim nie masz Alzheimera. Jestem w szoku, muszę wyrobić ci dyplom wzorowego więźnia.
- Wiedziałeś od początku! Jak mogłeś mi nawet o tym nie wspomnieć, myślałam, że...
- Że co? Że łączy nas coś więcej niż relacje więzień-strażnik? Że mamy do siebie zaufanie? Bezgraniczne?
- Szczerze? Tak! Nawet sam to wszystko zacząłeś!
- I skończyłem, w momencie, kiedy zobaczyłem cię w pobliżu mojego parabatai, W bardzo bliskim pobliżu, Clary. Dobrze wiesz, na czym polegał nasz związek, więc błagam, zachowuj się zgodnie z zasadami i bądź po prostu fair w stosunku do mnie. To była tylko zwykła przykrywka.
Jeszcze raz: szczerze? Chyba nic nie wstrząsnęło mną tak bardzo, jak ta wiadomość. Przykrywka? Ała, mój drogi, to bolało. Wiem, nie zawsze żyje się w relacji 'friends with benefits', a reguły są po to, by je łamać. Oboje się do tego stosowaliśmy. A przynajmniej tak myślałam. Ale nie mógł tego tak łatwo skreślić. Nie w takim wypadku.
Prawda?
Weszłam wgłąb korytarza, mając nadzieję, że idę w dobrym kierunku. Powoli przekonywałam się do tego miejsca, tak jak i do tego, że w jednym dniu zyskałam, jak i straciłam ważną część mnie. To drugie nawet nieumyślnie.
- Jace, mógłbyś... o, hej!
Dziewczyna. Zdecydowanie zaatakowała mnie dziewczyna. Wysoka, śliczna, z gładką i jasną cerą. Strasznie podobna do Aleca, na co mogły mieć wpływ więzy krwi. Nie mogłam niestety tego wykluczyć. Fakt faktem, była bardzo szczęśliwa, kiedy mnie zobaczyła. Tak, jakby nie wiedziała o sytuacji między mną, a prawdopodobnie jej bratem. Plus dla niego, że mogę choć w pierwszym dniu poudawać stuprocentową idealistkę. Jutro może nie być tak kolorowo.
- Cała się lepisz, czym tyś się okleiła?
- Emm, Clary jestem. Przypadkiem wpadłam na... takiego wysokiego chłopaka. Miał niebieskie oczy i wyglądał, jakby szykował się na bardzo ważną rozmowę o pracę. Nie wiem, kim był, ale wiem, że wylał na mnie przypadkiem wrzątek.
- Och, to był mój brat, Alec.
A jednak.
- A ja jestem Izzy. Znaczy Isabelle, ale nienawidzę tego imienia, więc mów mi Izzy lub Iz, jak wolisz. I przepraszam za Alexandra, mam nadzieję, że nie zrobił ci krzywdy.
Zrobił. I to wielką. Kompletnie nie związaną z gorącym napojem.
Ale zamiast tego moje usta powiedziały zupełnie co innego.
- Nie, skądże. Jest w porządku. Wszystko już sobie wyjaśniliśmy.
- Cieszę się - uśmiechnęła się czarująco - Usiądź do stołu, pewnie jesteś strasznie głodna.
- Och, tak. Trzydniowa głodówka jest dość ciekawym eksperymentem, ale źle wpływającym na mój biedny żołądek.
- Domyślam się, a nawet cię rozumiem. Przechodziłam przez dość podobną sytuację.
- Tak?
- Tak. Ale wolałabym o niej nie wspominać, przepraszam.
- Jasne, nie ma problemu. Szczerze mówiąc, wcale ci się nie dziwię. Nie jest to zbyt komfortowe. Zwłaszcza dla mnie, w tej chwili. Czuję się jak jakiś nic nieznaczący wyrzutek.
- Nie mów tak, nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś dla nas w tej chwili ważna. Dla nas, dla świata. Rasa Nocnych Łowców powoli się kończy, zamyka. Jest na czymś w rodzaju wyginięcia. Clary, nie jesteś tutaj z przypadku. Wiem to, tak jak wszyscy. Jesteś naszą nadzieją. Jedyną szansą na powiększenie się tej frakcji.
- Nie wiedziałam, że jesteście... jesteśmy, tak bardzo zagrożeni.
- Więc teraz już wiesz. I proszę, zrób wszystko, by znów nie wisieć między niebem, a piekłem.
między niebem
a piekłem.
I ciągłe pytania.
Znów powtarza się ten sam cykl.
Dlaczego.
Dlaczego.
Dlaczego.
Dlaczego.
Ciągle jest to dlaczego.
Dlaczego ptaki śpiewają?
Dlaczego samochody nie umieją latać?
Dlaczego nie ma nic pomiędzy światłem, a ciemnością?
Dlaczego jestem tak cholernie ważna w tym społeczeństwie, kiedy jeszcze kilka dni temu byłam zupełnie nikim?
Dlaczego świat nagle zaczął wyglądać inaczej?
Dlaczego wszędzie widzę anioły i demony?
Dlaczego się zmieniam, kiedy wcale tego nie chcę?
I co najważniejsze:
dlaczego nie wiem, kto się dla mnie bardziej liczy?
między niebem
a piekłem.
NEFILIM TAG
~polega na dopasowaniu postaci z książek twórczości C. Clare do ciągu jedenastu pytań~
Nominowała mnie moja droga 《Mania Maja》, pozdrawiam cieplutko!
PYTANIA:
1. Jezioro Lynn, czyli Lustro Anioła - postać, z którą się utożsamiasz.
Od samego początku, chciałam, czy nie chciałam, widziałam w sobie postać Clarissy, także jestem zmuszona wybrać naszego rudzielca.
2. Cichy Brat - postać, która cię przeraża.
Jakby nie patrzeć, Sebastian był przerażający w jednym wątku, tutaj się zgodzę z Mają. Mianowicie chodzi mi o historię, kiedy ten chciał wykorzystać seksualnie siostrę.
Drugim przykładem może być Axel Mortmain, wynalazca tytułowych 'diabelskich maszyn', które wedle zapisku na ścianie w gabinecie: nie znają litości, żalu, są niezliczone, i co najbardziej mną wstrząsnęło - nigdy nie przestaną przybywać.
3. Yin Fen, czyli jad wampira - postać, od której jesteś uzależniona.
Jace, Will i Jem, błagam, niech nikt nie karze mi wybierać. Biorę całą trójkę w przedświątecznym pakiecie.
4. Jonathan, Pierwszy Nocny Łowca - postać, bez której inni by już nie żyli.
Zdecydowanie Magnus Bane. Bez tego popieprzonego, idealnego Czarnoksiężnika nikomu nie byłoby dane przetrwać w tym równie popieprzonym, idealnym świecie.
5. "Prochem i cieniami jesteśmy" - postać, której ci najbardziej brakuje.
Sebastian, Will. Ajajajaj, Cassie, litości. Zwróć mi ich.
6. "Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę..." - para Parabatai, którą uwielbiasz.
Gdybym się nad tym dłużej nie zastanowiła, bez wątpienia wybrałabym Waylanda i Lightwooda. Jednak Jem i Will są zdecydowanie w silniejszej więzi, jeśli mogę tak to nazwać. Biorę tutaj pod uwagę choćby to, że oboje potrafili pogodzić się z wyborem Tessy dotyczącej jej związku z danym chłopakiem, mimo tego, że oboje darzyli ją ogromnym uczuciem.
7. "- Zamknij się i myśl o Anglii - poradził.
- Nigdy nie byłam w Anglii - odparła Clary, ale zacisnęła powieki." - Romans, który jest sensem książki.
Wróćmy może do DA, w końcu od tego zaczęła się cała moja historia z twórczością Cassandry. Wybieram w tym wypadku Clace. Każde Clace, byle nie z serialu, ughh. Wciąż powątpiewam, czy opłaca mi się go dokończyć. To tak swoją drogą.
8. "Black for hunting through the night - Czerń na nocne polowania" - Nocny Łowca, który pokona każdego.
Jeśli rozmawiamy o Nefilim to bez dwóch zdań wybieram Jace'a. Po prostu, o chyba logiczne.
9. "Nigdy nie ufaj kaczkom" - postać, której nigdy byś nie zaufała.
Fuck, nie mam pojęcia, naprawdę. Biorąc pod uwagę "Miasto Kości", nie zaufałabym na pewno "najidealniejszemu tatusiowi na świecie", jakim jest oczywiście Valentine. Szczególnie wtedy, kiedy pojawia się znikąd, sugerując wszystkim, że mnie i przyszłego ojca moich dzieci łączy nie tylko miłość i związek, ale i też więzy krwi...
10. Demon, demonek, a jednak człowiek - ulubiony Podziemny.
Tessa, zgadzam się. Nawet nie muszę tutaj myśleć.
Jeju, być Zmiennokształtną to szczyt marzeń, wie ktoś, gdzie mogę kupić taką umiejętność?
11. Idrys naszą ojczyzną, naszą Ziemią Obiecaną, od Razjela darowaną - do którego rodu Nocnych Łowców należysz?
Damn, od początku jestem sercem z Herondale'ami i niech tak pozostanie.
Niestety, nie jestem w stanie nikogo nominować, mój laptop znowu ma jakieś problemy techniczne i za każdym razem, jak mam otwarte kilka kart, odmawia posłuszeństwa i się restartuje. Serwis komputerowy chyba mnie znienawidzi, jak znowu zobaczy tego starocia.
Oczywiście tag może zrobić każdy i opublikować go na swoim blogu, możecie to uznać za nominację ode mnie.
Pamiętajcie o zapoznaniu się z nowymi postaciami w zakładce "Bohaterowie"!
Miłego dnia od królowej systematyczności :)!
Oczywiście tag może zrobić każdy i opublikować go na swoim blogu, możecie to uznać za nominację ode mnie.
Pamiętajcie o zapoznaniu się z nowymi postaciami w zakładce "Bohaterowie"!
Miłego dnia od królowej systematyczności :)!
niedziela, 26 lutego 2017
THREE
*przepraszam za jednodniowe opóźnienie (jakimś cudem usunął mi się plik z komputera i moja praca uległa zniszczeniu...), za możliwość występowania błędów oraz za to, że dzisiaj tak krótko, chciałam, by było fajne zakończenie i sami oceńcie, czy mi się to udało*
Miłego czytania!
To jeden z tych dni,
w których powoli zaczynasz uświadamiać sobie, jakie głupstwa popełniłeś,
w których masz świadomość, że w sumie nie są one tak ważne, bo zaczynasz nowy, wcześniej zawsze zamknięty rozdział,
w których jesteś pewny, że należysz tylko do jednej osoby i nie ukrywając - podoba ci się to,
i co najważniejsze, w których wystarczy tylko jeden zły ruch, a brama śmierci stanie przed tobą otworem.
Witamy w naszym świecie... u nas to stuprocentowo normalne. Nieważne, gdzie spojrzysz, ujrzysz coś odbierającego wszelką mowę. I co najlepsze, to nie żadna książka, którą mama czytała tobie do snu. To nie usłany różami wiersz o chłopcu, który został wykonany z drewna, który pokonał złego smoka lub który uratował księżniczkę z kilkumetrowej wieży. To nie szkolna lektura, którą dręczysz od trzech tygodni. Tutaj jest inaczej. Żyjesz, bo żyjesz. Oddychasz, bo oddychasz. Widzisz, bo widzisz. Ale w jednej chwili może to ulec poważnej zmianie i zamiast żyć - umierasz, zamiast oddychać - dusisz się, zamiast widzieć - ślepniesz, kolory stają się szare, a nawet przezroczyste. Nie czujesz, nie smakujesz, nie rejestrujesz spojrzeniem. Blakniesz od środka. Wypalasz się. I to wszystko w jednej chwili, przez kilka sekund nieuwagi.
Słyszysz? Idzie po ciebie. Mało tego, jest coraz bliżej. Masz minutę na podjęcie decyzji. Na zastanowienie się, gdzie popełniłeś błąd, w którym miejscu nie pogodziłeś tego z tamtym, czegoś z czymś. I kiedy wreszcie znajdziesz odpowiedź, jest już za późno. Nie ma powrotu. Drzwi się zamknęły.
Tak to właśnie działa.
- I tak to właśnie działa - zamknął kilkusetstronicową książkę, która tak naprawdę była ⅛ całej wiedzy o tym popieprzonym świecie - Najważniejsze szkolenie za tobą, reszty dowiesz się w trakcie.
- Mam nadzieję, że będzie to znacznie ciekawsze od tego syfu.
- A ja mam nadzieję, że lubisz czytać, bo na twoją niekorzyść to jeszcze nie koniec - jęknęłam głośno, opadając z całej siły na kanapę.
- Mam dość. Jestem zmęczona.
Zasłoniłam sobie ręką oczy i zaczęłam analizować wszystkie za i przeciw każdej z ras, wszystkie gatunki demonów oraz broni, jakiej można użyć do ich stracenia. Było tego tak dużo, że moje dwie półkule miały niezłą robotę z przetwarzaniem tych informacji.
- Obudź mnie, kiedy będzie trzeba, dobrze?
- Czyli za... dwie sekundy?
- Żartujesz? - otworzyłam oczy, bacznie przyglądając się jego mimice twarzy - Och, nie żartujesz...
Jace tylko się zaśmiał, wyciągając do mnie rękę.
- Przyznaj, gdybyś się wcześniej dowiedziała o codziennej dawce snu wcale byś się na to nie pisała, prawda?
- Wow, czytasz mi w myślach. Mogę jeszcze zmienić decyzję?
- Niestety, już za późno. 1:0 dla mnie. Ale spokojnie, tym razem można powiedzieć, że masz szczęście.
- Dlaczego? Istnieje jakaś runa na utrzymanie poziomu zmęczenia w stanie stałym?
- Dokładnie tak. Punkt dla ciebie, co daje nam...
- 1:1?
- Wolałbym buziaka w ramach nagrody, ale jak wolisz.
- To chyba ja powinnam o to prosić, w końcu to ja odpowiedziałam poprawnie.
- Tak, ale to ja cię tego nauczyłem. Jestem świetnym nauczycielem, dlatego mi się to należy.
- A skąd wiesz, że nie improwizowałam?
- Czytam w myślach, zapomniałaś? Mówiłaś mi to 3 minuty temu.
- Ok, wygrałeś - uniosłam ręce w geście poddania - Ale następnym razem ci nie daruję - ostrzegłam i oboje skierowaliśmy się do biura przełożonego Jace'a.
- Nie wiedziałem, że będzie następny raz. Masz coś jeszcze do ukrycia, Madame Fray?
- Dowiesz się w swoim czasie. Wpierw idź złożyć wypowiedzenie.
- Tak jest, szefowo - przewróciłam z uśmiechem oczami, siadając na najbliższe krzesło.
Więzienie więzieniem, łóżka w celach wymagałyby gwałtownej wymiany, ale za to krzesła stawały u mnie na podium, jeśli chodziło o wygodę. Gdybym dowiedziała się o tym przywileju wcześniej, bez wahania poprosiłabym o wniesienie jednego z nich do mojej małej nory. Godnie zastępowałoby mi tamto kamienne posłanie, czego skutkiem byłoby później bardziej efektywna praca lub też mniejsze manto, jakie spuściłam Carlowi, kiedy poprzez moje spóźnienie na zbiórkę odebrano mi środową rację żywnościową.
- Clary - usłyszałam - Idziesz, czy mam cię zostawić?
- Przepraszam, zamyśliłam się.
- Właśnie widzę. Coś nie tak?
- Nie, skąd. Zwykłe refleksje po więziennym pobycie tutaj, nic wielkiego.
- Rozumiem. Czyli co, panie przodem? - otworzył przede mną drzwi komisariatu, unosząc kąciki ust ku górze. Zeszłam powoli po schodach, nie odrywając od niego wzroku.
- Wyglądasz uroczo, kiedy tak się uśmiechasz, przestań - powiedziałam cicho.
- Mówiłaś coś?
- Nie, nic. Ładna dzisiaj pogoda, to wszystko - odwróciłam wzrok, przykładając dłonie do rozgrzanych do czerwoności policzków.
- Ale pada deszcz - zaśmiał się, otwierając bagażnik auta.
- No i co? Lubię deszcz.
- Ty też.
- Co, "ja"?
- Też wyglądasz uroczo, kiedy się uśmiechasz. Kiedy się nie uśmiechasz także. To tylko taka uwaga.
Spuściłam wzrok, jeszcze bardziej się rumieniąc.
- Hej, gdzie się podziała ta pewna siebie dziewczyna? - złapał mnie za ramię, drugą dłonią podnosząc mój podbródek do góry, tym samym zmuszając nasze spojrzenia do tego, by nadawały na tej samej fali - Naucz się przyjmować komplementy, dobrze? Dla mnie. Bo coś czuję, że będę to robił częściej.
- Dlaczego częściej?
- Lubię, kiedy dziewczyny tak reagują na moje słowa. Podnieca mnie to. A kiedy reagujesz na nie ty, podnieca mnie to jeszcze bardziej. Mało tego, mam ochotę cię pocałować, a nie zrobię tego, jeśli będziesz się przy mnie peszyć.
Wsiadłam za nim do auta, rozkoszując się zapachem jego drogich perfum. Kiedy wyciągnął rękę, by podkręcić głośność muzyki wydobywającej się z radia, zacisnęłam dłoń wokół jego nadgarstka. Nasze spojrzenia zetknęły się ze sobą po raz kolejny dzisiejszego dnia, szczerze mówiąc przestałam liczyć po 98 razie. Wykorzystałam sytuację i szybko musnęłam jego usta, następnie zapinając pas bezpieczeństwa. Szarpnął mnie delikatnie za rękę, przyciągając bliżej siebie i wpijając się w moje spierzchnięte wargi. Jedną dłonią obejmował moją szyję, drugą zaś wkręcił w rude loki, nie przestając się nimi bawić. Ja za to kurczowo trzymałam się jego przedramion, badając mieszaninę papierosów, mango i miętowej gumy do żucia.
- Dość... ciekawe doświadczenie - odetchnęłam z ulgą, kiedy uwolniłam się od jego bliskiej obecności.
- Tak. Zdecydowanie inne i lepsze od tych, które przeżyłem wcześniej.
- Dużo ich było?
- Clary... przy tobie nie ma to najmniejszego znaczenia. Przy tobie nawet czas potrafi stanąć w miejscu, bym mógł rozkoszować się wyglądem twojej uroczej postury. Nie liczy się dla mnie to, co było kiedyś, rozumiesz? Liczy się to, co jest teraz i później. A to, co jest później, chcę przeżyć tylko i wyłącznie z tobą, jeśli tylko ty też tego będziesz chciała.
- Chcę. Nigdy nie chciałam niczego bardziej, Jace.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, splatając nasze palce razem.
razem...
Teraz chyba wszystko będzie miało tą cząstkę 'razem' w sobie.
Razem to.
Razem tamto.
Wspólnie to.
Wspólnie tamto.
Łącznie, zespołowo, grupowo.
To to samo. Nieważne, jaki synonim tego słowa dobiorę.
Zawsze będzie 'razem'...
I już na zakończenie:
razem pojechaliśmy do Instytutu, bym mogła zapoznać się z kolejnym rytuałem w moim życiu.
Nowym, wspólnym życiu...
Miłego czytania!
To jeden z tych dni,
w których powoli zaczynasz uświadamiać sobie, jakie głupstwa popełniłeś,
w których masz świadomość, że w sumie nie są one tak ważne, bo zaczynasz nowy, wcześniej zawsze zamknięty rozdział,
w których jesteś pewny, że należysz tylko do jednej osoby i nie ukrywając - podoba ci się to,
i co najważniejsze, w których wystarczy tylko jeden zły ruch, a brama śmierci stanie przed tobą otworem.
Witamy w naszym świecie... u nas to stuprocentowo normalne. Nieważne, gdzie spojrzysz, ujrzysz coś odbierającego wszelką mowę. I co najlepsze, to nie żadna książka, którą mama czytała tobie do snu. To nie usłany różami wiersz o chłopcu, który został wykonany z drewna, który pokonał złego smoka lub który uratował księżniczkę z kilkumetrowej wieży. To nie szkolna lektura, którą dręczysz od trzech tygodni. Tutaj jest inaczej. Żyjesz, bo żyjesz. Oddychasz, bo oddychasz. Widzisz, bo widzisz. Ale w jednej chwili może to ulec poważnej zmianie i zamiast żyć - umierasz, zamiast oddychać - dusisz się, zamiast widzieć - ślepniesz, kolory stają się szare, a nawet przezroczyste. Nie czujesz, nie smakujesz, nie rejestrujesz spojrzeniem. Blakniesz od środka. Wypalasz się. I to wszystko w jednej chwili, przez kilka sekund nieuwagi.
Słyszysz? Idzie po ciebie. Mało tego, jest coraz bliżej. Masz minutę na podjęcie decyzji. Na zastanowienie się, gdzie popełniłeś błąd, w którym miejscu nie pogodziłeś tego z tamtym, czegoś z czymś. I kiedy wreszcie znajdziesz odpowiedź, jest już za późno. Nie ma powrotu. Drzwi się zamknęły.
Tak to właśnie działa.
- I tak to właśnie działa - zamknął kilkusetstronicową książkę, która tak naprawdę była ⅛ całej wiedzy o tym popieprzonym świecie - Najważniejsze szkolenie za tobą, reszty dowiesz się w trakcie.
- Mam nadzieję, że będzie to znacznie ciekawsze od tego syfu.
- A ja mam nadzieję, że lubisz czytać, bo na twoją niekorzyść to jeszcze nie koniec - jęknęłam głośno, opadając z całej siły na kanapę.
- Mam dość. Jestem zmęczona.
Zasłoniłam sobie ręką oczy i zaczęłam analizować wszystkie za i przeciw każdej z ras, wszystkie gatunki demonów oraz broni, jakiej można użyć do ich stracenia. Było tego tak dużo, że moje dwie półkule miały niezłą robotę z przetwarzaniem tych informacji.
- Obudź mnie, kiedy będzie trzeba, dobrze?
- Czyli za... dwie sekundy?
- Żartujesz? - otworzyłam oczy, bacznie przyglądając się jego mimice twarzy - Och, nie żartujesz...
Jace tylko się zaśmiał, wyciągając do mnie rękę.
- Przyznaj, gdybyś się wcześniej dowiedziała o codziennej dawce snu wcale byś się na to nie pisała, prawda?
- Wow, czytasz mi w myślach. Mogę jeszcze zmienić decyzję?
- Niestety, już za późno. 1:0 dla mnie. Ale spokojnie, tym razem można powiedzieć, że masz szczęście.
- Dlaczego? Istnieje jakaś runa na utrzymanie poziomu zmęczenia w stanie stałym?
- Dokładnie tak. Punkt dla ciebie, co daje nam...
- 1:1?
- Wolałbym buziaka w ramach nagrody, ale jak wolisz.
- To chyba ja powinnam o to prosić, w końcu to ja odpowiedziałam poprawnie.
- Tak, ale to ja cię tego nauczyłem. Jestem świetnym nauczycielem, dlatego mi się to należy.
- A skąd wiesz, że nie improwizowałam?
- Czytam w myślach, zapomniałaś? Mówiłaś mi to 3 minuty temu.
- Ok, wygrałeś - uniosłam ręce w geście poddania - Ale następnym razem ci nie daruję - ostrzegłam i oboje skierowaliśmy się do biura przełożonego Jace'a.
- Nie wiedziałem, że będzie następny raz. Masz coś jeszcze do ukrycia, Madame Fray?
- Dowiesz się w swoim czasie. Wpierw idź złożyć wypowiedzenie.
- Tak jest, szefowo - przewróciłam z uśmiechem oczami, siadając na najbliższe krzesło.
Więzienie więzieniem, łóżka w celach wymagałyby gwałtownej wymiany, ale za to krzesła stawały u mnie na podium, jeśli chodziło o wygodę. Gdybym dowiedziała się o tym przywileju wcześniej, bez wahania poprosiłabym o wniesienie jednego z nich do mojej małej nory. Godnie zastępowałoby mi tamto kamienne posłanie, czego skutkiem byłoby później bardziej efektywna praca lub też mniejsze manto, jakie spuściłam Carlowi, kiedy poprzez moje spóźnienie na zbiórkę odebrano mi środową rację żywnościową.
- Clary - usłyszałam - Idziesz, czy mam cię zostawić?
- Przepraszam, zamyśliłam się.
- Właśnie widzę. Coś nie tak?
- Nie, skąd. Zwykłe refleksje po więziennym pobycie tutaj, nic wielkiego.
- Rozumiem. Czyli co, panie przodem? - otworzył przede mną drzwi komisariatu, unosząc kąciki ust ku górze. Zeszłam powoli po schodach, nie odrywając od niego wzroku.
- Wyglądasz uroczo, kiedy tak się uśmiechasz, przestań - powiedziałam cicho.
- Mówiłaś coś?
- Nie, nic. Ładna dzisiaj pogoda, to wszystko - odwróciłam wzrok, przykładając dłonie do rozgrzanych do czerwoności policzków.
- Ale pada deszcz - zaśmiał się, otwierając bagażnik auta.
- No i co? Lubię deszcz.
- Ty też.
- Co, "ja"?
- Też wyglądasz uroczo, kiedy się uśmiechasz. Kiedy się nie uśmiechasz także. To tylko taka uwaga.
Spuściłam wzrok, jeszcze bardziej się rumieniąc.
- Hej, gdzie się podziała ta pewna siebie dziewczyna? - złapał mnie za ramię, drugą dłonią podnosząc mój podbródek do góry, tym samym zmuszając nasze spojrzenia do tego, by nadawały na tej samej fali - Naucz się przyjmować komplementy, dobrze? Dla mnie. Bo coś czuję, że będę to robił częściej.
- Dlaczego częściej?
- Lubię, kiedy dziewczyny tak reagują na moje słowa. Podnieca mnie to. A kiedy reagujesz na nie ty, podnieca mnie to jeszcze bardziej. Mało tego, mam ochotę cię pocałować, a nie zrobię tego, jeśli będziesz się przy mnie peszyć.
Wsiadłam za nim do auta, rozkoszując się zapachem jego drogich perfum. Kiedy wyciągnął rękę, by podkręcić głośność muzyki wydobywającej się z radia, zacisnęłam dłoń wokół jego nadgarstka. Nasze spojrzenia zetknęły się ze sobą po raz kolejny dzisiejszego dnia, szczerze mówiąc przestałam liczyć po 98 razie. Wykorzystałam sytuację i szybko musnęłam jego usta, następnie zapinając pas bezpieczeństwa. Szarpnął mnie delikatnie za rękę, przyciągając bliżej siebie i wpijając się w moje spierzchnięte wargi. Jedną dłonią obejmował moją szyję, drugą zaś wkręcił w rude loki, nie przestając się nimi bawić. Ja za to kurczowo trzymałam się jego przedramion, badając mieszaninę papierosów, mango i miętowej gumy do żucia.
- Dość... ciekawe doświadczenie - odetchnęłam z ulgą, kiedy uwolniłam się od jego bliskiej obecności.
- Tak. Zdecydowanie inne i lepsze od tych, które przeżyłem wcześniej.
- Dużo ich było?
- Clary... przy tobie nie ma to najmniejszego znaczenia. Przy tobie nawet czas potrafi stanąć w miejscu, bym mógł rozkoszować się wyglądem twojej uroczej postury. Nie liczy się dla mnie to, co było kiedyś, rozumiesz? Liczy się to, co jest teraz i później. A to, co jest później, chcę przeżyć tylko i wyłącznie z tobą, jeśli tylko ty też tego będziesz chciała.
- Chcę. Nigdy nie chciałam niczego bardziej, Jace.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, splatając nasze palce razem.
razem...
Teraz chyba wszystko będzie miało tą cząstkę 'razem' w sobie.
Razem to.
Razem tamto.
Wspólnie to.
Wspólnie tamto.
Łącznie, zespołowo, grupowo.
To to samo. Nieważne, jaki synonim tego słowa dobiorę.
Zawsze będzie 'razem'...
I już na zakończenie:
razem pojechaliśmy do Instytutu, bym mogła zapoznać się z kolejnym rytuałem w moim życiu.
Nowym, wspólnym życiu...
czwartek, 2 lutego 2017
TWO
~ przepraszam, znowu nawaliłam z systematycznością. Postaram się to zmienić, obiecuję ~
To jeden z tych dni,
w których każda godzina wydaje się być sekundą.
w których nie masz czasu na zrobienie małej czarnej, by choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości.
w których w końcu przeklinasz każdy element swojego życia, zwalając całą winę na wszystko, co się rusza i nie wygląda jak słodki, różowy jednorożec.
i wreszcie, w których nie wiesz, czy jesteś w domu, czy nadal za kratkami.
Wciąż czuję ten zapach, który towarzyszył mi przez ostatnie pół roku. I szczerze, dałabym wszystko, by o nim zapomnieć. Nawet na małą chwilę. Po prostu, poczuć coś innego. Nowego. I jeszcze mi nieznanego.
Za piętnaście minut powinnam się stawić na komisariacie. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło i co mi się stało. Przyjęłam propozycję Waylanda tak szybko, jakbym naprawdę tęskniła za tamtym miejscem.
A może po prostu tęsknię za czymś zupełnie innym?
Za czymś, czego nawet nie potrafię wytłumaczyć, choćby ze względu na moją osobowość?
Szczelnie zamknęłam drzwi na klucz i powoli zeszłam po schodach, rozkoszując się zapachem świeżego powietrza oraz wolności. Wciąż do tego nie przywykłam, mimo iż minęło już kilka godzin. W tym czasie powinnam już być zaznajomiona z tą rzeczywistością, choć w maleńkiej części, tak jak kiedyś. A na razie podziwiam wszystko od nowa, rozglądam się dookoła, jakbym odkrywała coś niesamowitego i wartego uwagi.
- Nazwisko - przed komendą zatrzymał mnie średniej postury mężczyzna. Niski, piegowaty, z okularami spadającymi z nosa i bujnym wąsem na twarzy. Do tego z ciężarnym brzuchem, dzięki któremu mógłby się z łatwością stoczyć z wielkiej góry lub odgrywać rolę dziecięcej zabawki.
- Och, Carl, mówiąc 'do zobaczenia wkrótce', nie myślałam, że nadejdzie to tak szybko. Tęskniłeś?
- Cholernie. Mam nadzieję, że jesteś przygotowana na ciągłe chłosty.
- Nie rozśmieszaj mnie, skarbie. Wystarczy, że tylko dotknę cię palcem, a ty już wąchasz kwiatki i machasz rączkami jak - swoją drogą urocza - foka.
Carl tylko westchnął, dodał krótkie i mam nadzieję, że sarkastyczne "nienawidzę cię", po czym wpuścił mnie do środka budynku. Zdecydowanie jestem jego wrogiem numer jeden, ale w pełni mi to odpowiada. Przynajmniej mam jedną osobę więcej do gry w otwarte karty oraz wygrywania w pokera.
- Hej - przywitał mnie niski głos blondyna. Podszedł do mnie, objął jedną ręką w pasie i pocałował w policzek. Nie powiem, całkiem przyjemne uczucie. Zwłaszcza, kiedy wszystkie urocze panie z recepcji oraz młode, nieprofesjonalne policjantki wlepiają we mnie swój wzrok, jakbym wybiła im połowę rodziny.
- Nie zagalopowałeś się czasem?
- Gdybym wiedział, że nie zrobi to na tobie żadnego wrażenia, wcale bym się tego nie podjął - zaśmiałam się pod nosem.
- Podoba mi się twój tok myślenia, słodziutki, ale może weźmy się do roboty?
- Och, nawet się nie przywitasz?
- Mam udawać wielką euforię? - zbliżyłam się do niego, szepcząc mu do ucha. Blondyn tylko kiwnął głową i wystawił rękę na wysokości pasa - Masz rację, przepraszam. Hej, misiu, stęskniłeś się? - rzuciłam mu się na szyję, po czym splotłam ze sobą obie dłonie i zawadiacko mrugnęłam oczami.
- Przesadziłaś - prychnął, cicho się podśmiewając.
- Ty też - spojrzałam w dół, bacznie obserwując delikatne wybrzuszenie w jego żołnierskich spodniach.
Jace natychmiast się zaczerwienił, ciągnąc mnie za sobą do, jak podejrzewam, głównej siedziby zbrojnej, nie odzywając się do mnie nawet słowem. Ja natomiast, cały czas byłam rozgrzana, co chwilę wybuchając ogromnym śmiechem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miewałam takie napady energii i szczerze mówiąc, nawet nie chcę pamiętać.
- Tu tutaj - zakasłał, wciskając mały guzik przy regale na książki.
- No już, spokojnie, nie denerwuj się tak. Jesteśmy sami - podeszłam do niego, siadając na biurku i zarzucając nogę na nogę.
- Możesz przestać i się skupić? Proszę?
- Oj, rozpraszam cię? Wybacz, ale nie mogę się temu oprzeć - uśmiechnęłam się szeroko, bawiąc się moim rudym kosmykiem i przypatrując się mowie ciała Waylanda. Westchnął rozbawiony i wszedł do ciemnego pomieszczenia, które pojawiło się po wciśnięciu przycisku - Bawisz się w Harrego Pottera?
- A co, jeśli nim jestem?
- A jesteś? - oparłam się o ścianę obok, podziwiając półki z różnego typu bronią.
- Jeśli powiem ci prawdę, nie uwierzysz. Albo zwiejesz.
- Wiesz, podczas pobytu tutaj poznałam wiele ciekawych rzeczy. Uwierz, nic mnie już nie zdziwi.
- Mówisz? - uśmiechnął się czarująco, podając mi mały sztylet.
- Naprawdę? Nie zabiję tym nawet wiewiórki - prychnęłam, odkładając nożyk na blat stołu. W tym samym momencie po pomieszczeniu przebiegła szeroka wiązka światła, odsłaniając coś, czego jeszcze nigdy dotąd nie widziałam. Zdziwiona, powoli dotknęłam klingi, podziwiając z bliska lśniące elementy. Ostrze, wcześniej małe i krótkie, teraz długie na pół metra, z jakby runicznymi symbolami na głowni, wydawało z siebie oślepiający blask magii. Zdezorientowana spojrzałam na chłopaka, który był tym niewzruszony, jakby takie rzeczy były dla niego codziennością.
- Chyba pora na wyjaśnienia - skinęłam powoli głową i poszłam za blondynem, kurczowo trzymając go za rękę. Moje przerażenie dało się odczuć na kilometr. Mogli ze mną zrobić wszystko. Porwać, związać, upić, zgwałcić. Wszystko. Oddałabym im się w całości i nawet nie protestowała, nie wyrywała. Czułam się jak po zażyciu trawy, jak na ogromnym haju, który od tak przyszedł i nie miał zamiaru odejść.
Byłam zagubiona...
- Masz, wypij - usłyszałam. Wzięłam szklankę do ręki i upiłam z niej łyk, czy dwa.
- Błagam, powiedz, że to nie tak, że to tylko sen, który zaraz się skończy. Proszę, Jace. Proszę - mówiłam coraz ciszej. Nie wiem, może opadałam z sił, moja energia się wyczerpywała, a dusza wygasała.
- Przepraszam, że musisz dowiedzieć się tego ode mnie.
- Tylko ja to widzę?
- Nie - pokiwał przecząco głową - Nie, nie tylko ty. Na świecie jest pewna grupa ludzi. Dobrych ludzi. Którzy ochraniają innych przed tymi złymi. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nazywają NAS Nocnymi Łowcami. Jesteś jedną z nas, Clary. Twoim zadaniem jest nam pomóc. Pomóc wygrać walkę z demonami. Uratować świat od zła. Taki jest nasz obowiązek.
- Nie wiedziałam, że policjanci odgrywają tak wielką rolę.
Zaśmiał się, głaskając mnie po głowie.
- Jestem tu, byś poznała prawdę. Równo z twoim przybyciem zjawiłem się na komendzie z odpowiednimi papierami. Musieli mnie przyjąć, nie mieli wyjścia. Ale teraz, gdy mam ciebie...
- Zaraz, zaraz. Ale jak to, gdy masz mnie?
- Nocnych Łowców jest coraz mniej. Potrzebujemy większej ilości cywili. Zakwalifikowanych cywili, a odszukanie ich nie jest takie proste.
- Dlaczego?
- Nasza rasa nie różni się tak właściwie niczym od tej, do której myślałaś, że należysz...
- Od ludzi?
- Wolałbym definicję "Przyziemni". W każdym razie, potrzebujemy istot specjalnych. Ludzi, ale z czystą krwią Anioła. Taka, która płynie w moim ciele. I w twoim też, Clary.
- I jak sądzę, to właśnie przez krew odszukanie ich nie jest prostym zadaniem?
- Tak. Istnieje też inna droga inicjacji. Krótsza. Ale z drugiej strony cholernie długa, pełna bólu i cierpienia. Anielska krew pozwala na bezwarunkowe nałożenie Znaków. Bez niej, proces ten się wydłuża. Staje się formą katowania i tortur. Nie zawsze się też przyjmuje, pod wpływem czego dana osoba umiera. Po prostu, wypala się od środka, dla bezpieczeństwa, by utrzymać nasz sekret dalej w tajemnicy.
- Jesteście potworami. JA jestem potworem.
- Nie oceniaj tego w ten sposób! Wiesz, co by się stało, gdyby ktoś obcy poznał nasze działania, poznał kim tak naprawdę jesteśmy i co mamy pod kurtką?
- A co macie pod kurtką, tatuaże z jogurtów i chrupek, które za góra trzy dni znikną?
- Chcesz wiedzieć, co?
Nie odezwałam się słowem. Wpatrywałam się w każdy jego ruch, kiedy sam z siebie zaczął ściągać policyjny płaszcz.
- Gdyby choć jeden niewtajemniczony wygadał drugiemu o naszej rasie, zginęłaby więcej niż jedna osoba, więc proszę, nie nazywaj nas potworami. Robimy, co uważamy za słuszne. Robimy to, co nakazał nam Razjel.
I w tej samej chwili znowu stanęłam jak wryta w ziemię. Co lepsze, wryta w cmentarną ziemię, bo od razu mogłabym zatopić się w niej jak w ruchomych piaskach i zginąć, pozostawiając po sobie kompletnie nic, tylko pustą, więzienną celę.
- Te same Znaki widniały na głowicy miecza, który mi dałeś - wyciągnęłam dłoń, delikatnie badając nią jego klatkę piersiową i ramiona.
- Jak myślisz, dlaczego? To wszystko jest ze sobą powiązane, Clary. Przed tobą długa droga poznawania na nowo swojego życia i świata, który cię otacza. Już nic nigdy nie będzie takie samo. Teraz każdy element będzie wydawał ci się zupełnie inny. Obcy.
- Skąd wiesz, że w to wchodzę?
- Bo nadal tutaj jesteś. Nie uciekłaś, mimo tego, że drzwi wciąż były otwarte. Mimo tego, że znasz prawdę, która na pewno przysparza cię o dreszcze. I mimo tego, że wiem, że nie chciałabyś takiego życia.
- Masz nałożony jakiś Znak Mądrości, czy coś w tym stylu?
- Zaskoczona?
- Rozgryzłeś mnie prędzej niż ktokolwiek inny, więc trochę tak.
Zaśmialiśmy się oboje. Wciąż miałam położone ręce na jego ciele. Biło od niego przyjemne ciepło, które mnie przy nim trzymało. I które wcale nie miało ochoty ustać, bym była w stanie się od niego oderwać.
- Clary - spojrzałam na niego. Jego spojrzenie przenikało mnie na wylot - Wiem, że może być ci teraz ciężko. I dlatego chcę, byś wiedziała, że zawsze będę przy tobie. Pomogę ci. Przejdziemy przez to razem, obiecuję ci to.
Westchnęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Powiedziałem coś nie tak?
- Nie, Jace. Powiedziałeś wszystko tak, jak należy - uśmiechnęłam się do niego czule, znów podchodząc bliżej i wtulając się w niego jak małe dziecko w swojego ojca - Dziękuję. Za wszystko.
Cisza wypełniająca teraz gabinet Waylanda, a już niedługo kogoś nowego, pomagała mi utrzymać równomierny oddech. Mało tego, sprawiała, że moje serce trochę się uspokoiło, mózg zaczął przyswajać nowe informacje, a ja byłam w stanie usłyszeć bicie serca blondyna.
- To co, zaczynamy? - odchrząknął i natychmiast oparł się tyłkiem o parapet, prawie zrzucając z niego doniczkę.
- Co mam robić?
- Podwiń oba rękawy.
- Po co?
- Zobaczysz - uśmiechnął się tajemniczo, wyciągając z kieszeni małe narzędzie przypominające żyletkę.
- Myślałam, że szukacie nowych ludzi do pomocy, a nie żeby ich stracić, podcinając im żyły.
- Zabawna jesteś - zaśmiał się, czule obejmując dłońmi moją rękę - Gotowa? - spojrzał mi prosto w oczy, a kiedy z moich ust nie wydostało się żadne słowo, pogłaskał mnie krótko po wierzchu dłoni, po czym wrócił wzrokiem do mojego przedramienia - Zamknij oczy i zaciśnij zęby.
Skinęłam posłusznie głową i wykonałam jego polecenie. Już po chwili poczułam rozrywający mnie od środka ból. Przełknęłam ślinę, starając się nie uronić żadnej pojedynczej łzy, by nie okazać słabości.
- Clary - zaczął. Uchyliłam powieki, spoglądając na moje rozgrzane ramię, po którym spływała złota strużka krwi - Witaj w naszym świecie, skarbie.
witaj w naszym świecie...
To jeden z tych dni,
w których każda godzina wydaje się być sekundą.
w których nie masz czasu na zrobienie małej czarnej, by choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości.
w których w końcu przeklinasz każdy element swojego życia, zwalając całą winę na wszystko, co się rusza i nie wygląda jak słodki, różowy jednorożec.
i wreszcie, w których nie wiesz, czy jesteś w domu, czy nadal za kratkami.
Wciąż czuję ten zapach, który towarzyszył mi przez ostatnie pół roku. I szczerze, dałabym wszystko, by o nim zapomnieć. Nawet na małą chwilę. Po prostu, poczuć coś innego. Nowego. I jeszcze mi nieznanego.
Za piętnaście minut powinnam się stawić na komisariacie. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło i co mi się stało. Przyjęłam propozycję Waylanda tak szybko, jakbym naprawdę tęskniła za tamtym miejscem.
A może po prostu tęsknię za czymś zupełnie innym?
Za czymś, czego nawet nie potrafię wytłumaczyć, choćby ze względu na moją osobowość?
Szczelnie zamknęłam drzwi na klucz i powoli zeszłam po schodach, rozkoszując się zapachem świeżego powietrza oraz wolności. Wciąż do tego nie przywykłam, mimo iż minęło już kilka godzin. W tym czasie powinnam już być zaznajomiona z tą rzeczywistością, choć w maleńkiej części, tak jak kiedyś. A na razie podziwiam wszystko od nowa, rozglądam się dookoła, jakbym odkrywała coś niesamowitego i wartego uwagi.
- Nazwisko - przed komendą zatrzymał mnie średniej postury mężczyzna. Niski, piegowaty, z okularami spadającymi z nosa i bujnym wąsem na twarzy. Do tego z ciężarnym brzuchem, dzięki któremu mógłby się z łatwością stoczyć z wielkiej góry lub odgrywać rolę dziecięcej zabawki.
- Och, Carl, mówiąc 'do zobaczenia wkrótce', nie myślałam, że nadejdzie to tak szybko. Tęskniłeś?
- Cholernie. Mam nadzieję, że jesteś przygotowana na ciągłe chłosty.
- Nie rozśmieszaj mnie, skarbie. Wystarczy, że tylko dotknę cię palcem, a ty już wąchasz kwiatki i machasz rączkami jak - swoją drogą urocza - foka.
Carl tylko westchnął, dodał krótkie i mam nadzieję, że sarkastyczne "nienawidzę cię", po czym wpuścił mnie do środka budynku. Zdecydowanie jestem jego wrogiem numer jeden, ale w pełni mi to odpowiada. Przynajmniej mam jedną osobę więcej do gry w otwarte karty oraz wygrywania w pokera.
- Hej - przywitał mnie niski głos blondyna. Podszedł do mnie, objął jedną ręką w pasie i pocałował w policzek. Nie powiem, całkiem przyjemne uczucie. Zwłaszcza, kiedy wszystkie urocze panie z recepcji oraz młode, nieprofesjonalne policjantki wlepiają we mnie swój wzrok, jakbym wybiła im połowę rodziny.
- Nie zagalopowałeś się czasem?
- Gdybym wiedział, że nie zrobi to na tobie żadnego wrażenia, wcale bym się tego nie podjął - zaśmiałam się pod nosem.
- Podoba mi się twój tok myślenia, słodziutki, ale może weźmy się do roboty?
- Och, nawet się nie przywitasz?
- Mam udawać wielką euforię? - zbliżyłam się do niego, szepcząc mu do ucha. Blondyn tylko kiwnął głową i wystawił rękę na wysokości pasa - Masz rację, przepraszam. Hej, misiu, stęskniłeś się? - rzuciłam mu się na szyję, po czym splotłam ze sobą obie dłonie i zawadiacko mrugnęłam oczami.
- Przesadziłaś - prychnął, cicho się podśmiewając.
- Ty też - spojrzałam w dół, bacznie obserwując delikatne wybrzuszenie w jego żołnierskich spodniach.
Jace natychmiast się zaczerwienił, ciągnąc mnie za sobą do, jak podejrzewam, głównej siedziby zbrojnej, nie odzywając się do mnie nawet słowem. Ja natomiast, cały czas byłam rozgrzana, co chwilę wybuchając ogromnym śmiechem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miewałam takie napady energii i szczerze mówiąc, nawet nie chcę pamiętać.
- Tu tutaj - zakasłał, wciskając mały guzik przy regale na książki.
- No już, spokojnie, nie denerwuj się tak. Jesteśmy sami - podeszłam do niego, siadając na biurku i zarzucając nogę na nogę.
- Możesz przestać i się skupić? Proszę?
- Oj, rozpraszam cię? Wybacz, ale nie mogę się temu oprzeć - uśmiechnęłam się szeroko, bawiąc się moim rudym kosmykiem i przypatrując się mowie ciała Waylanda. Westchnął rozbawiony i wszedł do ciemnego pomieszczenia, które pojawiło się po wciśnięciu przycisku - Bawisz się w Harrego Pottera?
- A co, jeśli nim jestem?
- A jesteś? - oparłam się o ścianę obok, podziwiając półki z różnego typu bronią.
- Jeśli powiem ci prawdę, nie uwierzysz. Albo zwiejesz.
- Wiesz, podczas pobytu tutaj poznałam wiele ciekawych rzeczy. Uwierz, nic mnie już nie zdziwi.
- Mówisz? - uśmiechnął się czarująco, podając mi mały sztylet.
- Naprawdę? Nie zabiję tym nawet wiewiórki - prychnęłam, odkładając nożyk na blat stołu. W tym samym momencie po pomieszczeniu przebiegła szeroka wiązka światła, odsłaniając coś, czego jeszcze nigdy dotąd nie widziałam. Zdziwiona, powoli dotknęłam klingi, podziwiając z bliska lśniące elementy. Ostrze, wcześniej małe i krótkie, teraz długie na pół metra, z jakby runicznymi symbolami na głowni, wydawało z siebie oślepiający blask magii. Zdezorientowana spojrzałam na chłopaka, który był tym niewzruszony, jakby takie rzeczy były dla niego codziennością.
- Chyba pora na wyjaśnienia - skinęłam powoli głową i poszłam za blondynem, kurczowo trzymając go za rękę. Moje przerażenie dało się odczuć na kilometr. Mogli ze mną zrobić wszystko. Porwać, związać, upić, zgwałcić. Wszystko. Oddałabym im się w całości i nawet nie protestowała, nie wyrywała. Czułam się jak po zażyciu trawy, jak na ogromnym haju, który od tak przyszedł i nie miał zamiaru odejść.
Byłam zagubiona...
- Masz, wypij - usłyszałam. Wzięłam szklankę do ręki i upiłam z niej łyk, czy dwa.
- Błagam, powiedz, że to nie tak, że to tylko sen, który zaraz się skończy. Proszę, Jace. Proszę - mówiłam coraz ciszej. Nie wiem, może opadałam z sił, moja energia się wyczerpywała, a dusza wygasała.
- Przepraszam, że musisz dowiedzieć się tego ode mnie.
- Tylko ja to widzę?
- Nie - pokiwał przecząco głową - Nie, nie tylko ty. Na świecie jest pewna grupa ludzi. Dobrych ludzi. Którzy ochraniają innych przed tymi złymi. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nazywają NAS Nocnymi Łowcami. Jesteś jedną z nas, Clary. Twoim zadaniem jest nam pomóc. Pomóc wygrać walkę z demonami. Uratować świat od zła. Taki jest nasz obowiązek.
- Nie wiedziałam, że policjanci odgrywają tak wielką rolę.
Zaśmiał się, głaskając mnie po głowie.
- Jestem tu, byś poznała prawdę. Równo z twoim przybyciem zjawiłem się na komendzie z odpowiednimi papierami. Musieli mnie przyjąć, nie mieli wyjścia. Ale teraz, gdy mam ciebie...
- Zaraz, zaraz. Ale jak to, gdy masz mnie?
- Nocnych Łowców jest coraz mniej. Potrzebujemy większej ilości cywili. Zakwalifikowanych cywili, a odszukanie ich nie jest takie proste.
- Dlaczego?
- Nasza rasa nie różni się tak właściwie niczym od tej, do której myślałaś, że należysz...
- Od ludzi?
- Wolałbym definicję "Przyziemni". W każdym razie, potrzebujemy istot specjalnych. Ludzi, ale z czystą krwią Anioła. Taka, która płynie w moim ciele. I w twoim też, Clary.
- I jak sądzę, to właśnie przez krew odszukanie ich nie jest prostym zadaniem?
- Tak. Istnieje też inna droga inicjacji. Krótsza. Ale z drugiej strony cholernie długa, pełna bólu i cierpienia. Anielska krew pozwala na bezwarunkowe nałożenie Znaków. Bez niej, proces ten się wydłuża. Staje się formą katowania i tortur. Nie zawsze się też przyjmuje, pod wpływem czego dana osoba umiera. Po prostu, wypala się od środka, dla bezpieczeństwa, by utrzymać nasz sekret dalej w tajemnicy.
- Jesteście potworami. JA jestem potworem.
- Nie oceniaj tego w ten sposób! Wiesz, co by się stało, gdyby ktoś obcy poznał nasze działania, poznał kim tak naprawdę jesteśmy i co mamy pod kurtką?
- A co macie pod kurtką, tatuaże z jogurtów i chrupek, które za góra trzy dni znikną?
- Chcesz wiedzieć, co?
Nie odezwałam się słowem. Wpatrywałam się w każdy jego ruch, kiedy sam z siebie zaczął ściągać policyjny płaszcz.
- Gdyby choć jeden niewtajemniczony wygadał drugiemu o naszej rasie, zginęłaby więcej niż jedna osoba, więc proszę, nie nazywaj nas potworami. Robimy, co uważamy za słuszne. Robimy to, co nakazał nam Razjel.
I w tej samej chwili znowu stanęłam jak wryta w ziemię. Co lepsze, wryta w cmentarną ziemię, bo od razu mogłabym zatopić się w niej jak w ruchomych piaskach i zginąć, pozostawiając po sobie kompletnie nic, tylko pustą, więzienną celę.
- Te same Znaki widniały na głowicy miecza, który mi dałeś - wyciągnęłam dłoń, delikatnie badając nią jego klatkę piersiową i ramiona.
- Jak myślisz, dlaczego? To wszystko jest ze sobą powiązane, Clary. Przed tobą długa droga poznawania na nowo swojego życia i świata, który cię otacza. Już nic nigdy nie będzie takie samo. Teraz każdy element będzie wydawał ci się zupełnie inny. Obcy.
- Skąd wiesz, że w to wchodzę?
- Bo nadal tutaj jesteś. Nie uciekłaś, mimo tego, że drzwi wciąż były otwarte. Mimo tego, że znasz prawdę, która na pewno przysparza cię o dreszcze. I mimo tego, że wiem, że nie chciałabyś takiego życia.
- Masz nałożony jakiś Znak Mądrości, czy coś w tym stylu?
- Zaskoczona?
- Rozgryzłeś mnie prędzej niż ktokolwiek inny, więc trochę tak.
Zaśmialiśmy się oboje. Wciąż miałam położone ręce na jego ciele. Biło od niego przyjemne ciepło, które mnie przy nim trzymało. I które wcale nie miało ochoty ustać, bym była w stanie się od niego oderwać.
- Clary - spojrzałam na niego. Jego spojrzenie przenikało mnie na wylot - Wiem, że może być ci teraz ciężko. I dlatego chcę, byś wiedziała, że zawsze będę przy tobie. Pomogę ci. Przejdziemy przez to razem, obiecuję ci to.
Westchnęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Powiedziałem coś nie tak?
- Nie, Jace. Powiedziałeś wszystko tak, jak należy - uśmiechnęłam się do niego czule, znów podchodząc bliżej i wtulając się w niego jak małe dziecko w swojego ojca - Dziękuję. Za wszystko.
Cisza wypełniająca teraz gabinet Waylanda, a już niedługo kogoś nowego, pomagała mi utrzymać równomierny oddech. Mało tego, sprawiała, że moje serce trochę się uspokoiło, mózg zaczął przyswajać nowe informacje, a ja byłam w stanie usłyszeć bicie serca blondyna.
- To co, zaczynamy? - odchrząknął i natychmiast oparł się tyłkiem o parapet, prawie zrzucając z niego doniczkę.
- Co mam robić?
- Podwiń oba rękawy.
- Po co?
- Zobaczysz - uśmiechnął się tajemniczo, wyciągając z kieszeni małe narzędzie przypominające żyletkę.
- Myślałam, że szukacie nowych ludzi do pomocy, a nie żeby ich stracić, podcinając im żyły.
- Zabawna jesteś - zaśmiał się, czule obejmując dłońmi moją rękę - Gotowa? - spojrzał mi prosto w oczy, a kiedy z moich ust nie wydostało się żadne słowo, pogłaskał mnie krótko po wierzchu dłoni, po czym wrócił wzrokiem do mojego przedramienia - Zamknij oczy i zaciśnij zęby.
Skinęłam posłusznie głową i wykonałam jego polecenie. Już po chwili poczułam rozrywający mnie od środka ból. Przełknęłam ślinę, starając się nie uronić żadnej pojedynczej łzy, by nie okazać słabości.
- Clary - zaczął. Uchyliłam powieki, spoglądając na moje rozgrzane ramię, po którym spływała złota strużka krwi - Witaj w naszym świecie, skarbie.
witaj w naszym świecie...
sobota, 31 grudnia 2016
ONE
To jeden z tych dni, w których wiesz, że uśmiech na twarzy jest wskazany, by nie popaść w melancholię lub nostalgię. Robisz to. Unosisz kąciki, mimo tego, że wiesz, że i tak zatęsknisz. Że i tak sobie wszystko przypomnisz i będziesz o tym myśleć do wieczora, a może nawet następnego ranka. W końcu i tak nie masz tutaj nic do roboty. Nic, tylko siedzieć w - przynajmniej własnej - celi, bez możliwości spojrzenia na świat przez zakratowane okno, bez możliwości wyjścia i ujrzenia tego, czego nie widziałeś przez dobre kilka miesięcy. Nie wiesz dokładnie jak długo siedzisz w tym bagnie, w końcu przestałaś liczyć po skreśleniu trzydziestego pierwszego rzędu czterech pojedynczych kreseczek.
Nie wiem, dlaczego do tego dopuściłam. Nie wiem, dlaczego udawałam, że nie słyszę cichego śmiechu moich pseudo przyjaciół. Nie wiem, dlaczego natychmiast nie zrezygnowałam, skoro wiedziałam, że coś jest nie tak. Albo dlaczego nie wyszłam z pokoju, słysząc nadjeżdżający radiowóz. Lub też dlaczego nie starałam się tego wytłumaczyć, tylko od razu się poddałam i przegrałam dwa miesiące wakacji oraz kolejne cztery ciężkiej pracy. Nie wiem wielu rzeczy. I do tego momentu nie znalazłam na to wszystko odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego w tak młodym wieku zostałam sierotą. Nie wiem, dlaczego pomarańcze w sklepie za rogiem są pakowane w papierowe torby z logo mięsnej hurtowni z końca miasta. Nie wiem, dlaczego dwa plus dwa równa się cztery. Nie wiem, dlaczego kot miauczy, a nie szczeka. Nie wiem, dlaczego drzewa sięgają tak wysoko. Dlaczego codziennie rano budzą nas zimną wodą wylaną na twarz. Dlaczego podnoszą głos, skoro nie robimy nic złego. Albo dlaczego muszę słuchać głośnego chrapania kolegi zza ściany.
DlaczegoDlaczegoDlaczegoDlaczego.
Ciągle to samo pytanie, którym zadręczam się od dłuższego czasu.
Dlaczego?
Nie wiem.
Mówię sobie: zaciśnij pięści i spróbuj, po prostu spróbuj zapomnieć. Spróbuj to wszystko zignorować i ciesz się, że nie dali ci większej kary, dłuższego wyroku.
Zignoruj gorzki smak wody z więziennego kibla w ustach.
Wilgoć unoszącą się w powietrzu.
Ból, który od codziennych katów rozsadza cię od środka.
Nie, nie płacz.
Nie możesz. Nie warto.
Dlaczego?
Bo zostały tylko trzy dni.
I to jest jedyne dlaczego, na jakie znam odpowiedź.
W sumie to trochę zabawne. Uczyć się w szkole tyle lat, a nie wiedzieć nic pożytecznego. Po co mi znajomość podstaw arytmetyki, skoro większość działań i tak obliczam na kalkulatorze? Po co mi znajomość tylu kolorów, skoro nie mogę rozróżnić fuksji od fioletowego? Po co mi znajomość definicji figur retorycznych, skoro i tak posługuję się językiem potocznym, gdzie nikt nie zwraca uwagi, czy zastosowano się apostrofę, metaforę, czy ożywienie? Po co mi to wszystko? Po co przyjaciele? Po co tlen? Po co te kraty? Po co...
- Fray! Do mnie! - wtem, ni z gruszki, ni z pietruszki, przy mojej celi zjawił się jeden z sierżantów.
- Przerwał mi Pan refleksję... czy to jest karalne? - powiedziałam nieco wyższym tonem, zapominając trochę przed kim stoję.
- Na myślenie będziesz miała jeszcze całe życie, skarbie. Jesteś wolna.
To jakiś żart, prawda? Dzień dobroci dla więźniów albo ukryty gdzieś haczyk?
- Ale... przedtem ktoś chce cię widzieć. Potem możesz spakować manatki i się stąd wynosić, raz na zawsze.
- Manatki? Zabraliście mi wszystko co miałam przy wejściu, mam stąd zabrać ścianę, tamto kamienne łóżko w rogu, czy jak, bo nie rozumiem?
Splunął w moją stronę, zastanawiając się chwilę, czy ma coś dopowiedzieć, czy po prostu odejść.
- Rób co chcesz, najwyżej posiedzisz tutaj kolejne pół roku. Za miesiąc Gwiazdka, każdy z was dostanie jakiś drobny upominek. Może faktycznie się zastanów.
Uśmiechnęłam się do niego czarująco, popychając żelazne kraty.
- Dzięki za hojność. Ale chyba nie skorzystam - uniosłam ręce w geście poddania i splotłam je za głową - Chociaż w sumie... to nie taki głupi pomysł - zaśmiałam się. Pierwszy raz od sześciu miesięcy, i do tego tak głośno, że nie mógł mnie nie słyszeć żaden z moich pobratymców.
- Do zobaczenia, Carl!
Może wkrótce się spotkamy - dodałam półszeptem, tak, by z drugiego końca korytarza nie mógł tego usłyszeć.
Zadowolona, jak nigdy dotąd, czekałam na oficera, który ma mnie zabrać do jednego z komisarzy. To on chciał mnie widzieć. Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego. Nikt mi tego nie powiedział. Gdyby było to coś ważnego, z pewnością by mnie o tym poinformowali, więc praktycznie rzecz biorąc, tracą tylko mój czas, który wolałabym wykorzystać na coś innego, odbiegającego nieco od klimatu więzienia. Nie wiem, może w końcu porobiłabym coś pożytecznego, trochę mniej kryminalnego, jak dotąd? Znalazła dobrze płatną pracę, odkryła nowe zainteresowania, albo kontynuowała i bardziej wcieliła w życie te stare? Lub po prostu darowała sobie te postanowienia, poczekała do końca roku i wtedy zaczęła to nazywane przez wszystkich 'nowe życie'?
Tyle opcji, a tylko jedna decyzja do wyboru.
Tyle opcji, a pewnie żadnej z nich nie wybiorę...
- Clarissa Fray? - głos wysokiego mężczyzny sprowadził mnie na ziemię.
- Zgadza się - cicho westchnęłam i poszłam za nim w kierunku małego korytarzyka.
To chyba jedyne miejsce, które jest związane z całą tą budą, a nie wygląda ani trochę obskurnie. Odświeżone siwą farbą ściany oraz biała, połyskująca podłoga dodawały temu miejscu niesamowitej elegancji i przytulności. Nie dziwię się, że chodzą tędy tylko wyznaczone osoby, a więźniowie mają ewidentny zakaz choćby patrzenia na te cudeńka.
- To tutaj. Prosto i drugie drzwi na lewo.
- Niesamowite, że macie do mnie tyle zaufania. Dajecie mi wolną rękę przez całe trzy metry, wiecie co to oznacza?
- Tak. Jeden zły ruch, a posiedzisz sobie tutaj do Gwiazdki - skrzyżował ręce na piersi, obserwując mnie w skupieniu.
- Carl dzisiaj mówił to samo.
- I co w związku z tym?
- No nie wiem. Wnioskuję, że jestem na tyle słodka i urocza, że po prostu oboje nie chcecie, żebym wyszła z tego pudła - przekrzywiłam głowę na bok, spoglądając na niego rozbawiona. Już po chwili mogłam dostrzec, jak kąciki jego ust wyginają się ku górze.
- Cieszę się, że po tak długim czasie nadal masz jakieś marzenia.
- Cieszę się, że po tych wszystkich docinkach nadal masz wszystkie zęby na miejscu.
- Sugerujesz coś?
- Drugie na lewo? - przerwałam, ignorując jego każde słowo, nie mówiąc już o przeszywającym spojrzeniu i słodkim uśmiechu - Wiesz, za tobą chyba będę tęsknić najbardziej. Nie ze względu na to, że katowałeś mnie najlżej. Po prostu fajnie się z tobą gada - przyłożył do ust podparte na kolanach ręce i zaśmiał się krótko.
- Idź już. Komendant czeka.
***
Otworzyłam lekko uchylone drzwi, od razu mierząc wzrokiem wielkie biurko na środku pomieszczenia. Czarne jak węgiel idealnie dopasowało się do ciepłych barw obu skrzydeł pokoju. Zdjęcie, przedstawiające początki budowy tego miejsca, ozdobione były szerokimi i różnego typu ramami.
- Usiądź, nie krępuj się - spoglądnęłam ukradkiem w kierunku źródła dźwięku. Blondyn, uśmiechnięty od ucha do ucha, podpierał łokcie na stole i bacznie mi się przyglądał. Puścił do mnie oczko, kiedy zauważył, że przeniosłam na niego swój wzrok.
- Myślałam, że to gabinet Collinsa - zajęłam miejsce na skórzanym fotelu ustawionym najbliżej mężczyzny, przy ścianie.
- Wczoraj, mniej więcej o tej porze, trwały licytacje. Biuro przydzielono mi. Byłem najszybszy.
- A z jakiej to okazji chciano komukolwiek powierzyć tak wysokie stanowisko?
- Gerard nie żyje, zmarł dwa dni temu w niewiadomych okolicznościach. Nadal szukamy sprawcy.
- Dlaczego mi się wydaje, że chcesz mnie w to wmieszać...
panie Wayland? - dodałam.
Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc przecząco głową.
- Jesteś zwinna i inteligentna. Nadawałabyś się do tej roboty.
- Ale...?
- Ale wiem też, że jesteś strasznie drobna. Nie umiałabyś poradzić sobie z utrzymaniem prawdziwej broni. Skaleczyłabyś się, lub zrobiła większą krzywdę. Wolę nie ryzykować.
- Jesteś uroczy, ale umiem sama o siebie zadbać. Nie musisz się o mnie aż tak martwić.
- Wiesz, gdybyś nadal była na odsiadce, mogłabyś skrócić sobie tym wyrok. A teraz, narażasz nie tylko swoje życie, ale i nasze. To bardzo egoistyczne i nieodpowiednie podejście.
- Osądzasz mnie po pozorach, to bardzo niekulturalne, zwłaszcza, że znasz mnie tak krótko. Masz coś na swoją obronę? - odczekał chwilę. Był bardzo skupiony, jakby rozważał wszystkie za i przeciw.
- Wchodzisz w to? - objęłam jego rękę swoimi dłońmi, śmiejąc się głośno.
- Takiego pytania od ciebie oczekiwałam, komendancie - upiłam łyk kawy z jego kubka, nie spuszczając z niego wzroku.
- Odmaszerować - mruknął, maksymalnie do mnie przybliżony. Uwolnił swoją dłoń z mojego uścisku, drugą wyrwał szklankę i już po chwili zatapiał się w idealnym smaku czarnego espresso.
***
Stałam przy jednej z najbardziej zaciemnionych uliczek Nowego Jorku, przed moim mieszkaniem. Nie wiem, dlaczego tak długo zastanawiałam się nad wejściem do środka. Okolica nie zmieniła się ani trochę, wszystko było takie samo. Może poza maleńkimi kwiatami w ogródku, które posadzili tam, by pewnie rozjaśnić to miejsce. Nie wiem, czy gdy otworzę drzwi, zastanę wszystko na swoim pierwotnym miejscu. Czy aby na pewno to nadal należy do mnie. Czy czeka na mnie tam coś nowego. Albo czy zardzewiała kłódka przy drzwiach cały czas jest zamknięta na trzy spusty.
Powoli weszłam po kamiennych schodach. Ręce i nogi drżały mi jak przed pierwszym szkolnym przedstawieniem. Nie wiedziałam, czy aby na pewno jestem na to gotowa. A co, jak każdy element każdego pomieszczenia zastanę w opłakanym stanie? W końcu nikt nie robił nic, by pobudzić to mieszkanie do życia, przez całe 6 miesięcy.
Przyłożyłam zmarzniętą dłoń do pozłacanej, okrągłej gałki. Drugą wyciągnęłam pęk kluczy z kieszeni, przekręcając jeden z nich w zamku. Zamknęłam oczy, przyciągając klamkę do siebie. Od razu zasypała mnie fala kurzu i gorąca, co nie było dobrym połączeniem. Przełknęłam ślinę, naciskając włącznik po prawej. Światło zapaliło się kilka razy, a potem zgasło na dobre. Przeklinałam w myśli tanio kupione żarówki na chińskiej wyprzedaży. Co jak co, ale po tak długim czasie nie używania ich stan powinien być w miarę stabilny. Westchnęłam, przypominając sobie, że nie tylko nie posiadam w żadnej szafce zastępczego źródła światła, ale jego innej formy, typu latarka lub mała lampka, także.
Nagle ciszę przerwał dźwięk dzwoniącego w rytm dobrze znanej mi piosenki telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni kurtki i przesunęłam palcem po ekranie, tym samym odbierając połączenie.
- Tak? - spytałam spokojnym tonem, udając się ślepo w stronę kanapy.
- Zapomniałem cię powiadomić, o której masz się stawić na komendzie.
Zaśmiałam się cicho, siadając wygodnie w oparciu sofy.
- A już myślałam, że się rozmyśliłeś.
- Jakżebym śmiał... napaliłaś się na tę robotę bardziej niż Hawkins na darmowe tankowanie paliwa. Nigdy nie widziałem go tak zaangażowanego.
- To chyba dobrze, macie dodatkowe dwie ręce do pomocy.
- Tak, dodatkowe godziny ćwiczeń także.
- Nie potrzebuję szkolenia, dam sobie radę bez tego.
- I jesteś w pełni przekonana, że dasz radę wystrzelić prosto w serce demona?
- Demona?
Cisza. Trwała jakieś dziesięć, może dziewięć sekund. Nie odpowiadał, ale słyszałam jego przyspieszony oddech. Jakby powiedział coś, czego nie miał.
- 7:00 obok placyku wojennego, nie spóźnij się.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, w słuchawce odezwało się równomierne "bip", sygnalizujące zakończenie rozmowy.
Bardzo...
ale to bardzo dziwnej rozmowy.
Nie wiem, dlaczego do tego dopuściłam. Nie wiem, dlaczego udawałam, że nie słyszę cichego śmiechu moich pseudo przyjaciół. Nie wiem, dlaczego natychmiast nie zrezygnowałam, skoro wiedziałam, że coś jest nie tak. Albo dlaczego nie wyszłam z pokoju, słysząc nadjeżdżający radiowóz. Lub też dlaczego nie starałam się tego wytłumaczyć, tylko od razu się poddałam i przegrałam dwa miesiące wakacji oraz kolejne cztery ciężkiej pracy. Nie wiem wielu rzeczy. I do tego momentu nie znalazłam na to wszystko odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego w tak młodym wieku zostałam sierotą. Nie wiem, dlaczego pomarańcze w sklepie za rogiem są pakowane w papierowe torby z logo mięsnej hurtowni z końca miasta. Nie wiem, dlaczego dwa plus dwa równa się cztery. Nie wiem, dlaczego kot miauczy, a nie szczeka. Nie wiem, dlaczego drzewa sięgają tak wysoko. Dlaczego codziennie rano budzą nas zimną wodą wylaną na twarz. Dlaczego podnoszą głos, skoro nie robimy nic złego. Albo dlaczego muszę słuchać głośnego chrapania kolegi zza ściany.
DlaczegoDlaczegoDlaczegoDlaczego.
Ciągle to samo pytanie, którym zadręczam się od dłuższego czasu.
Dlaczego?
Nie wiem.
Mówię sobie: zaciśnij pięści i spróbuj, po prostu spróbuj zapomnieć. Spróbuj to wszystko zignorować i ciesz się, że nie dali ci większej kary, dłuższego wyroku.
Zignoruj gorzki smak wody z więziennego kibla w ustach.
Wilgoć unoszącą się w powietrzu.
Ból, który od codziennych katów rozsadza cię od środka.
Nie, nie płacz.
Nie możesz. Nie warto.
Dlaczego?
Bo zostały tylko trzy dni.
I to jest jedyne dlaczego, na jakie znam odpowiedź.
W sumie to trochę zabawne. Uczyć się w szkole tyle lat, a nie wiedzieć nic pożytecznego. Po co mi znajomość podstaw arytmetyki, skoro większość działań i tak obliczam na kalkulatorze? Po co mi znajomość tylu kolorów, skoro nie mogę rozróżnić fuksji od fioletowego? Po co mi znajomość definicji figur retorycznych, skoro i tak posługuję się językiem potocznym, gdzie nikt nie zwraca uwagi, czy zastosowano się apostrofę, metaforę, czy ożywienie? Po co mi to wszystko? Po co przyjaciele? Po co tlen? Po co te kraty? Po co...
- Fray! Do mnie! - wtem, ni z gruszki, ni z pietruszki, przy mojej celi zjawił się jeden z sierżantów.
- Przerwał mi Pan refleksję... czy to jest karalne? - powiedziałam nieco wyższym tonem, zapominając trochę przed kim stoję.
- Na myślenie będziesz miała jeszcze całe życie, skarbie. Jesteś wolna.
To jakiś żart, prawda? Dzień dobroci dla więźniów albo ukryty gdzieś haczyk?
- Ale... przedtem ktoś chce cię widzieć. Potem możesz spakować manatki i się stąd wynosić, raz na zawsze.
- Manatki? Zabraliście mi wszystko co miałam przy wejściu, mam stąd zabrać ścianę, tamto kamienne łóżko w rogu, czy jak, bo nie rozumiem?
Splunął w moją stronę, zastanawiając się chwilę, czy ma coś dopowiedzieć, czy po prostu odejść.
- Rób co chcesz, najwyżej posiedzisz tutaj kolejne pół roku. Za miesiąc Gwiazdka, każdy z was dostanie jakiś drobny upominek. Może faktycznie się zastanów.
Uśmiechnęłam się do niego czarująco, popychając żelazne kraty.
- Dzięki za hojność. Ale chyba nie skorzystam - uniosłam ręce w geście poddania i splotłam je za głową - Chociaż w sumie... to nie taki głupi pomysł - zaśmiałam się. Pierwszy raz od sześciu miesięcy, i do tego tak głośno, że nie mógł mnie nie słyszeć żaden z moich pobratymców.
- Do zobaczenia, Carl!
Może wkrótce się spotkamy - dodałam półszeptem, tak, by z drugiego końca korytarza nie mógł tego usłyszeć.
Zadowolona, jak nigdy dotąd, czekałam na oficera, który ma mnie zabrać do jednego z komisarzy. To on chciał mnie widzieć. Nie wiem po co. Nie wiem dlaczego. Nikt mi tego nie powiedział. Gdyby było to coś ważnego, z pewnością by mnie o tym poinformowali, więc praktycznie rzecz biorąc, tracą tylko mój czas, który wolałabym wykorzystać na coś innego, odbiegającego nieco od klimatu więzienia. Nie wiem, może w końcu porobiłabym coś pożytecznego, trochę mniej kryminalnego, jak dotąd? Znalazła dobrze płatną pracę, odkryła nowe zainteresowania, albo kontynuowała i bardziej wcieliła w życie te stare? Lub po prostu darowała sobie te postanowienia, poczekała do końca roku i wtedy zaczęła to nazywane przez wszystkich 'nowe życie'?
Tyle opcji, a tylko jedna decyzja do wyboru.
Tyle opcji, a pewnie żadnej z nich nie wybiorę...
- Clarissa Fray? - głos wysokiego mężczyzny sprowadził mnie na ziemię.
- Zgadza się - cicho westchnęłam i poszłam za nim w kierunku małego korytarzyka.
To chyba jedyne miejsce, które jest związane z całą tą budą, a nie wygląda ani trochę obskurnie. Odświeżone siwą farbą ściany oraz biała, połyskująca podłoga dodawały temu miejscu niesamowitej elegancji i przytulności. Nie dziwię się, że chodzą tędy tylko wyznaczone osoby, a więźniowie mają ewidentny zakaz choćby patrzenia na te cudeńka.
- To tutaj. Prosto i drugie drzwi na lewo.
- Niesamowite, że macie do mnie tyle zaufania. Dajecie mi wolną rękę przez całe trzy metry, wiecie co to oznacza?
- Tak. Jeden zły ruch, a posiedzisz sobie tutaj do Gwiazdki - skrzyżował ręce na piersi, obserwując mnie w skupieniu.
- Carl dzisiaj mówił to samo.
- I co w związku z tym?
- No nie wiem. Wnioskuję, że jestem na tyle słodka i urocza, że po prostu oboje nie chcecie, żebym wyszła z tego pudła - przekrzywiłam głowę na bok, spoglądając na niego rozbawiona. Już po chwili mogłam dostrzec, jak kąciki jego ust wyginają się ku górze.
- Cieszę się, że po tak długim czasie nadal masz jakieś marzenia.
- Cieszę się, że po tych wszystkich docinkach nadal masz wszystkie zęby na miejscu.
- Sugerujesz coś?
- Drugie na lewo? - przerwałam, ignorując jego każde słowo, nie mówiąc już o przeszywającym spojrzeniu i słodkim uśmiechu - Wiesz, za tobą chyba będę tęsknić najbardziej. Nie ze względu na to, że katowałeś mnie najlżej. Po prostu fajnie się z tobą gada - przyłożył do ust podparte na kolanach ręce i zaśmiał się krótko.
- Idź już. Komendant czeka.
***
Otworzyłam lekko uchylone drzwi, od razu mierząc wzrokiem wielkie biurko na środku pomieszczenia. Czarne jak węgiel idealnie dopasowało się do ciepłych barw obu skrzydeł pokoju. Zdjęcie, przedstawiające początki budowy tego miejsca, ozdobione były szerokimi i różnego typu ramami.
- Usiądź, nie krępuj się - spoglądnęłam ukradkiem w kierunku źródła dźwięku. Blondyn, uśmiechnięty od ucha do ucha, podpierał łokcie na stole i bacznie mi się przyglądał. Puścił do mnie oczko, kiedy zauważył, że przeniosłam na niego swój wzrok.
- Myślałam, że to gabinet Collinsa - zajęłam miejsce na skórzanym fotelu ustawionym najbliżej mężczyzny, przy ścianie.
- Wczoraj, mniej więcej o tej porze, trwały licytacje. Biuro przydzielono mi. Byłem najszybszy.
- A z jakiej to okazji chciano komukolwiek powierzyć tak wysokie stanowisko?
- Gerard nie żyje, zmarł dwa dni temu w niewiadomych okolicznościach. Nadal szukamy sprawcy.
- Dlaczego mi się wydaje, że chcesz mnie w to wmieszać...
panie Wayland? - dodałam.
Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc przecząco głową.
- Jesteś zwinna i inteligentna. Nadawałabyś się do tej roboty.
- Ale...?
- Ale wiem też, że jesteś strasznie drobna. Nie umiałabyś poradzić sobie z utrzymaniem prawdziwej broni. Skaleczyłabyś się, lub zrobiła większą krzywdę. Wolę nie ryzykować.
- Jesteś uroczy, ale umiem sama o siebie zadbać. Nie musisz się o mnie aż tak martwić.
- Wiesz, gdybyś nadal była na odsiadce, mogłabyś skrócić sobie tym wyrok. A teraz, narażasz nie tylko swoje życie, ale i nasze. To bardzo egoistyczne i nieodpowiednie podejście.
- Osądzasz mnie po pozorach, to bardzo niekulturalne, zwłaszcza, że znasz mnie tak krótko. Masz coś na swoją obronę? - odczekał chwilę. Był bardzo skupiony, jakby rozważał wszystkie za i przeciw.
- Wchodzisz w to? - objęłam jego rękę swoimi dłońmi, śmiejąc się głośno.
- Takiego pytania od ciebie oczekiwałam, komendancie - upiłam łyk kawy z jego kubka, nie spuszczając z niego wzroku.
- Odmaszerować - mruknął, maksymalnie do mnie przybliżony. Uwolnił swoją dłoń z mojego uścisku, drugą wyrwał szklankę i już po chwili zatapiał się w idealnym smaku czarnego espresso.
***
Stałam przy jednej z najbardziej zaciemnionych uliczek Nowego Jorku, przed moim mieszkaniem. Nie wiem, dlaczego tak długo zastanawiałam się nad wejściem do środka. Okolica nie zmieniła się ani trochę, wszystko było takie samo. Może poza maleńkimi kwiatami w ogródku, które posadzili tam, by pewnie rozjaśnić to miejsce. Nie wiem, czy gdy otworzę drzwi, zastanę wszystko na swoim pierwotnym miejscu. Czy aby na pewno to nadal należy do mnie. Czy czeka na mnie tam coś nowego. Albo czy zardzewiała kłódka przy drzwiach cały czas jest zamknięta na trzy spusty.
Powoli weszłam po kamiennych schodach. Ręce i nogi drżały mi jak przed pierwszym szkolnym przedstawieniem. Nie wiedziałam, czy aby na pewno jestem na to gotowa. A co, jak każdy element każdego pomieszczenia zastanę w opłakanym stanie? W końcu nikt nie robił nic, by pobudzić to mieszkanie do życia, przez całe 6 miesięcy.
Przyłożyłam zmarzniętą dłoń do pozłacanej, okrągłej gałki. Drugą wyciągnęłam pęk kluczy z kieszeni, przekręcając jeden z nich w zamku. Zamknęłam oczy, przyciągając klamkę do siebie. Od razu zasypała mnie fala kurzu i gorąca, co nie było dobrym połączeniem. Przełknęłam ślinę, naciskając włącznik po prawej. Światło zapaliło się kilka razy, a potem zgasło na dobre. Przeklinałam w myśli tanio kupione żarówki na chińskiej wyprzedaży. Co jak co, ale po tak długim czasie nie używania ich stan powinien być w miarę stabilny. Westchnęłam, przypominając sobie, że nie tylko nie posiadam w żadnej szafce zastępczego źródła światła, ale jego innej formy, typu latarka lub mała lampka, także.
Nagle ciszę przerwał dźwięk dzwoniącego w rytm dobrze znanej mi piosenki telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni kurtki i przesunęłam palcem po ekranie, tym samym odbierając połączenie.
- Tak? - spytałam spokojnym tonem, udając się ślepo w stronę kanapy.
- Zapomniałem cię powiadomić, o której masz się stawić na komendzie.
Zaśmiałam się cicho, siadając wygodnie w oparciu sofy.
- A już myślałam, że się rozmyśliłeś.
- Jakżebym śmiał... napaliłaś się na tę robotę bardziej niż Hawkins na darmowe tankowanie paliwa. Nigdy nie widziałem go tak zaangażowanego.
- To chyba dobrze, macie dodatkowe dwie ręce do pomocy.
- Tak, dodatkowe godziny ćwiczeń także.
- Nie potrzebuję szkolenia, dam sobie radę bez tego.
- I jesteś w pełni przekonana, że dasz radę wystrzelić prosto w serce demona?
- Demona?
Cisza. Trwała jakieś dziesięć, może dziewięć sekund. Nie odpowiadał, ale słyszałam jego przyspieszony oddech. Jakby powiedział coś, czego nie miał.
- 7:00 obok placyku wojennego, nie spóźnij się.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, w słuchawce odezwało się równomierne "bip", sygnalizujące zakończenie rozmowy.
Bardzo...
ale to bardzo dziwnej rozmowy.
sobota, 24 grudnia 2016
REACTIVATION - PROLOGUE
Nie wiem, dlaczego do tego dopuściłam. Nie wiem, dlaczego udawałam, że nie słyszę cichego śmiechu moich pseudo przyjaciół. Nie wiem, dlaczego natychmiast nie zrezygnowałam, skoro wiedziałam, że coś jest nie tak. Albo dlaczego nie wyszłam z pokoju, słysząc nadjeżdżający radiowóz. Lub też dlaczego nie starałam się tego wytłumaczyć, tylko od razu się poddałam i przegrałam dwa miesiące wakacji oraz kolejne cztery ciężkiej pracy. Nie wiem wielu rzeczy. I do tego momentu nie znalazłam na to wszystko odpowiedzi.
Nie wiem, dlaczego w tak młodym wieku zostałam sierotą. Nie wiem, dlaczego pomarańcze w sklepie za rogiem są pakowane w papierowe torby z logo mięsnej hurtowni z końca miasta. Nie wiem, dlaczego dwa plus dwa równa się cztery. Nie wiem, dlaczego kot miauczy, a nie szczeka. Nie wiem, dlaczego drzewa sięgają tak wysoko. Dlaczego codziennie rano budzą nas zimną wodą wylaną na twarz. Dlaczego podnoszą głos, skoro nie robimy nic złego. Albo dlaczego muszę słuchać głośnego chrapania kolegi zza ściany.
DlaczegoDlaczegoDlaczegoDlaczego.
Ciągle to samo pytanie, którym zadręczam się od dłuższego czasu.
Dlaczego?
Nie wiem.
Mówię sobie: zaciśnij pięści i spróbuj, po prostu spróbuj zapomnieć. Spróbuj to wszystko zignorować i ciesz się, że nie dali ci większej kary, dłuższego wyroku.
Zignoruj gorzki smak wody z więziennego kibla w ustach.
Wilgoć unoszącą się w powietrzu.
Ból, który od codziennych katów rozsadza cię od środka.
Nie, nie płacz.
Nie możesz. Nie warto.
Dlaczego?
Bo zostały tylko trzy dni.
I to jest jedyne dlaczego, na jakie znam odpowiedź.
Nie wiem, dlaczego w tak młodym wieku zostałam sierotą. Nie wiem, dlaczego pomarańcze w sklepie za rogiem są pakowane w papierowe torby z logo mięsnej hurtowni z końca miasta. Nie wiem, dlaczego dwa plus dwa równa się cztery. Nie wiem, dlaczego kot miauczy, a nie szczeka. Nie wiem, dlaczego drzewa sięgają tak wysoko. Dlaczego codziennie rano budzą nas zimną wodą wylaną na twarz. Dlaczego podnoszą głos, skoro nie robimy nic złego. Albo dlaczego muszę słuchać głośnego chrapania kolegi zza ściany.
DlaczegoDlaczegoDlaczegoDlaczego.
Ciągle to samo pytanie, którym zadręczam się od dłuższego czasu.
Dlaczego?
Nie wiem.
Mówię sobie: zaciśnij pięści i spróbuj, po prostu spróbuj zapomnieć. Spróbuj to wszystko zignorować i ciesz się, że nie dali ci większej kary, dłuższego wyroku.
Zignoruj gorzki smak wody z więziennego kibla w ustach.
Wilgoć unoszącą się w powietrzu.
Ból, który od codziennych katów rozsadza cię od środka.
Nie, nie płacz.
Nie możesz. Nie warto.
Dlaczego?
Bo zostały tylko trzy dni.
I to jest jedyne dlaczego, na jakie znam odpowiedź.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)